czwartek, 31 grudnia 2015

Muzyczny remanent 2015




ERGO ARENA




Muzyczne remanenty i podsumowania dokonywane z końcem roku stały się tradycją. W ostatnim czasie w Polsce gościło wiele zagranicznych gwiazd światowego formatu, wydano też sporo płyt więc wybór nie jest łatwy. Ulegając ogólnemu trendowi, postanowiłem zwrócić uwagę na kilka pozycji płytowych i wydarzeń muzycznych, które w mijającym roku zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Z klucza odrzuciłem wszelkie oficjalne zestawienia i rankingi. Z góry zastrzegam – będzie to wybór bardzo subiektywny i z przyjętego założenia ograniczony do płyt, które w tym roku postawiłem na półeczce, bądź wydarzeń muzycznych, w których wziąłem udział. Wszak to też pewien wyróżnik. Oczywiście, wszystko z cezurą 2015.



Koncert DMB 

Zacznijmy od wydarzeń. Niewątpliwie największym dla mnie był gdański koncert amerykańskiej supergrupy Dave Matthews Band. Zespół bardzo popularny w USA (sprzedał ponad 40 mln płyt), w Europie jest stosunkowo mało znany. Zapewne wynika to z tego, iż muzycy niezbyt chętnie wyruszają w dłuższe trasy poza kontynent amerykański. Ostatni raz w Europie zagrali przed pięciu laty, zaś ich listopadowy koncert w Ergo Arenie, położonej na granicy Gdańska i Sopotu był pierwszym w Polsce, niecierpliwie wyczekiwanym. Grupa istnieje od początku lat dziewięćdziesiątych. W rodzinnych Stanach bez problemu zapełnia stadiony. Dla przykładu w 2013 roku muzycy dali 55 koncertów, zaś promując swój album Big Whiskey and the GrooGrux King z 2009 także w ciągu roku wystąpili 68 razy. Muzyka grupy Dave Matthews Band składa się z wielu odcieni. Nie brak w niej elementów rocka, popu, jazzu, folku i funky. Wszystkie stapiają się w niezwykłą całość, która potrafi słuchacza zahipnotyzować.




Koncert DMB 

W naszym kraju zespół nie jest szczególnie znany, jak jednak okazało się na koncercie ma sporo fanów, ceniących dobrą muzykę, zagraną przy tym z autentyczną radością. Przyznam, że mój pierwszy kontakt z grupą był przypadkowy, jednak muzyka DMB, zwłaszcza w wydaniu koncertowym autentycznie wciąga. Po pierwszym zauroczeniu zacząłem szukać kolejnych koncertów (najlepszy z profesjonalnie zarejestrowanych – a jest ich naprawdę sporo – to wg. mnie Central Park Concert z 2003 roku). Gdański występ, trwający ponad dwie godziny okazał się dla polskich fanów prawdziwym świętem. Doskonałe porozumienie członków zespołu było widoczne w każdym utworze. Prócz lidera z przyjemnością podziwiałem grającego na skrzypcach Boyda Tinsleya i bębniącego, wiecznie uśmiechniętego Cartera Beauforda (chyba nikt nie był w stanie policzyć ile par pałek rzucił na pamiątkę w tłum po koncercie). Z zaskoczeniem zauważyłem, że program w zasadzie ustalany był na bieżąco, w trakcie koncertu. Wirtuozeria muzyków i radość z gry udzieliła się publiczności. Muzycy po zasadniczej części dali namówić się jeszcze na dwa bisy.




Koncert DMB 

Grupa znana jest z bliskich relacji ze swoimi fanami. W przeciwieństwie do większości artystów zezwala na nieprofesjonalne nagrywanie swoich występów i udostępnianie ich w sieci. Prócz obszernej dyskografii, zawierającej nagrania studyjne i koncertowe istnieje seria półoficjalnych bootlegów Live Trax, licząca obecnie 35 pozycji. Niejako na jej obrzeżu pojawiły się też w sieci zaskakująco dobre technicznie nagrania z Gdańska, za które odpowiedzialny był wędrujący team fanów: Kevin Rieck, Noam Yemini i Mike Peters. Dla polskich fanów są wspaniałą pamiątką tego magicznego wieczoru.




Pamiątka z koncertu 


Innym, ważnym dla mnie koncertem w mijającym roku okazał się występ grupy SBB, która zagrała w legendarnym składzie w bydgoskiej Kuźni. Poświęciłem temu wydarzeniu oddzielny wpis, wobec tego poprzestanę jedynie na podkreśleniu wspaniałej atmosfery i doskonałej dyspozycji muzyków, którzy nawiązali do magii, jaka towarzyszyła im na początku działalności. Muszę wspomnieć także koncert niemieckiego RPWL, z programem wczesnego Pink Floyd. To także było dla mnie przeżycie dużego kalibru. Zupełnie odmienny stylistycznie był majowy koncert Antoniny Krzysztoń w Polańczyku. Przyznam, że po wieloletniej przerwie słuchałem artystki z dużym wzruszeniem. Mimo trudności związanych z nie najlepszym nagłośnieniem i kiepskim odsłuchem poradziła sobie doskonale, dowodząc że w dalszym ciągu ma swym słuchaczom wiele do przekazania.

W omawianym okresie moja półeczka wzbogaciła się o ponad dwadzieścia premierowych pozycji, wydanych w 2015 roku. Wyróżnię kilka, zastrzegając z góry, że kolejność jest alfabetyczna:

  • 2 TM 2,3 – Źródło. Należy podkreślić wydanie tej płyty po przeszło siedmiu latach przerwy. Zespół, złożony z czołowych muzyków polskiej sceny alternatywnej, podobnie jak w poprzednich projektach swe utwory komponuje opierając się na tekstach pochodzących niemal wyłącznie z Biblii. W porównaniu z początkowymi nagraniami muzyka formacji przesunęła się nieco z ciężkiego rocka z stronę brzmień akustycznych. W dalszym ciągu jednak inspiruje i mieni się wielorakimi odcieniami, będącymi syntezą muzycznych fascynacji członków zespołu. 
  • GILMOUR DAVID – Rattle That Lock. Na temat tej płyty powiedziano i napisano wiele. Wobec tego krótko. Będę do niej chętnie wracać, choć dla mnie nie jest osiągnięciem epokowym. Mimo to, trudno byłoby narzekać na brak różnorodności czy słabe kompozycje. Oceniam ją znacznie wyżej niż wydany w ubiegłym roku „pożegnalny” album Pink Floyd, czy poprzedni solowy album artysty zatytułowany On An Island – choćby z uwagi na urozmaicenie zawartego materiału. 
  • GOV’T MULE – Sco-Mule featuring John Scofield. Kolejna propozycja jednej z moich ulubionych formacji. Zespół wydał już swe wersje klasycznych kompozycji Pink Floyd i Rolling Stones. Ta płyta zawiera zarejestrowany w 1999 roku efekt współpracy z jazzowym gitarzystą Johnem Scofieldem. Muzycznie jest on usytuowany niejako pośrodku obu muzycznych światów, stwarzając jednak naprawdę ciekawy efekt. Chętnie wracam do tych nagrań.



  • HAYNES WARREN – Ashes & Dust. Solowy album leadera Gov’t Mule. Trzynaście utworów. I pięć dodatków w wersji lux. Premiery i covery, w jakiś sposób ważne dla Warrena. Klimat trudny do jednoznacznego określenia - jakieś pogranicze folku, country i rocka, wszystko jednak pracowicie zaaranżowane daje w efekcie nieco inne spojrzenie na dokonania i muzyczną wrażliwość leadera "Mułów Rządowych". Płyta bardzo urozmaicona. Utwory równie intrygująco wypadają na koncertach (zgodnie z opinią wiarygodnego świadka). Z pewnością będę wracał. 
  • JEAN MICHEL JARRE – Electronica 1 - Time Machine. Ambitny plan francuskiego pioniera elektronicznego rocka. Mnóstwo zaproszonych gości. W założeniu wycieczka poprzez historię muzyki elektronicznej, jednak mimo tylu osobowości stylistycznie dość jednorodna. Mój okres fascynacji Jarrem dawno już minął, jednak ta płyta zastanawia. Chyba potrzebuję więcej czasu. Ponoć trwają prace nad drugą częścią. 
  • SOYKA BERG BIG BAND – Swinging Revisited. Rewelacyjny efekt współpracy Stanisława Soyki w ze szwedzko-duńskim big-bandem. Wycieczka w złotą erę swingu, bez silenia się na nowoczesność. Wszystko brzmi tak jak powinno, czyli świetnie. Klasa sama w sobie, także dla tych, którym ze swingiem na co dzień nie jest po drodze. Płytę już opisywałem wcześniej. Dodam jedynie, że w ostatnich dnach ukazała się jej reedycja bogatsza o kilka utworów. I co mam zrobić? 
  • RPWL – plays Pink Floyd. Dla mnie ważna pozycja, choć dostępna jedynie na koncertach zespołu. Muzycznie – powrót do korzeni, z których wyrosła muzyka RPWL. Na tle ostatnich dokonań zespołu płyta jest ciekawą wycieczką w przeszłość. Też wcześniej o niej wspominałem. Godna uwagi, będę wracał. 


  • RIVERSIDE – Love, Fear And The Time Machine. Forma zespołu nadal zwyżkuje, choć jak się ostatnio okazało - na horyzoncie widać już rosnącą konkurencję. O tym jednak przy innej okazji, wkrótce. Płyta chyba lepsza od poprzedniej, przemyślana, bogata w emocje. Mniej udziwnień, więcej melodii. Maszyna Czasu – pewnie tak, są wycieczki w przeszłość, Miłość – obecna jest od zawsze, a Strach – zespół chyba nie musi się obawiać, choć przyszłość świata jest niepewna… 
  • WILSON STEVEN – Hand. Cannot. Erase. Last but not least. Fascynacja rośnie z ilością przesłuchań. Nie ukrywam mego wielkiego zauroczenia wczesną muzyką Porcupine Tree, później jednak me emocje nieco opadły. Trochę zabrakło świeżości. Może nieco podobne odczucia miał lider tego zespołu, wszak od pewnego czasu grupa ma wakacje. Natomiast kolejna solowa płyta Stevena robi wrażenie. Zainspirowana została, jak tłumaczy jej autor, postacią Joyce Carol Vincent. Była to przeciętna kobieta, zagubiona w tłumie wielkiego miasta. Gdy nagle odeszła, nikt nie zauważył jej zniknięcia, ani znajomi, ani przyjaciele, ani rodzina. Jej ciało odnaleziono po trzech latach, wg legendy leżała na wprost grającego telewizora, otoczona prezentami sprzed lat. Gdzieś tu pobrzmiewają dalekie echa Brave grupy Marillion, zarówno muzycznie jak i tekstowo. Studium samotności w dobie globalnej wioski. Płyta wielobarwna, pełna muzycznych odniesień. Ważna. Bardzo ważna. 

I na koniec jeszcze jedna pozycja z tego roku. Niejako poza konkurencją i ze wszech miar szczególna. Dla mnie bardzo ważna, choć chyba nieco przeoczona przez opiniotwórcze grona. Wydana w listopadzie tego roku, zasługująca na oddzielny, analityczny wpis na blogu, dziś więc jedynie sygnalnie. Surge Propera – Józef Skrzek. Są to wydane na winylu organowe improwizacje do Kazań Świętokrzyskich, spektaklu, który miał swą premierę we wrześniu 2012 roku w kościele na Świętym Krzyżu, dawnym opactwie benedyktynów. Płyta ze spektaklem, nagrana w towarzystwie wielu gwiazd ukazała się dwa lata temu. Obecne wydawnictwo jest więc pewnym suplementem. Lider SBB zarejestrował je na przysłowiową setkę, bez cięć i montażu, grając jednocześnie syntezatorze MiniMoog i na organach Bazyliki Katedralnej w Kielcach. Nawiasem mówiąc, kiedy oglądam promocyjny klip tego wydawnictwa, zrealizowany w trakcie nagrania, to postać lidera SBB jednoznacznie kojarzy mi się z pewnym lipskim kantorem sprzed wieków... Muzycznie album przypomina wydaną także w tym roku pierwszą część Tryptyku Bydgoskiego Józefa Skrzeka, noszącego tytuł Kościół (też stoi na półeczce, jednak to nie to samo). Box, zawierający opisywany winyl i dwupłytowe wydanie Kazań Świętokrzyskich na CD, choć ma przygotowane godne miejsce, stoi jedynie wirtualnie, w postaci plików mp3. Wydany w niewielkim nakładzie obecnie jest nie do zdobycia. Józek, pomocy...

słuchacz




poniedziałek, 21 grudnia 2015

A miłość największym jest darem – Niemen na Wigilię





Choćbym mówił językami ludzi i aniołów a miłości bym nie miał, byłbym jedynie jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. I chociażbym miał dar proroctwa i znał wszystkie tajemnice, i umiejętność wszelką, i choćbym miał wszystką wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, niczym jestem.  (…) teraz trwają wiara nadzieja i miłość, te trzy. Z nich zaś największa jest miłość.

Z Hymnu o miłości, wg św. Pawła


Czas świąteczny to czas życzliwości. Okazuje się że ta przychodzi najtrudniej, choć w ostatnich dniach nam wszystkim jest szczególnie potrzebna. Tak z życiu prywatnym, jak i publicznym, bowiem na przestrzeni minionych lat niestety niewiele w tej materii się zmienia. W polityce nie brak pomówień, nieprawdziwych interpretacji, naginania rzeczywistości – słowem działań znanych niemal od zawsze. Nie mam tu zamiaru niczego komentować czy interpretować. Pozostawiam to politykom. W tym szczególnym czasie chcę jedynie przypomnieć o tak potrzebnej nam wszystkim wrażliwości. Niedawno minęły trzydzieści cztery lata od wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Od tego czasu wyrosło nowe pokolenie. Wielu tego faktu  już nie pamięta, wielu nie chce pamiętać. Ponoć świat się zmienił i czasy są inne. A jednak…



Kadr z programu A miłość największym jest darem TVP 1981

8 i 9 grudnia 1981 roku Czesław Niemen nagrał świąteczny program dla Telewizji  Polskiej, zatytułowany A miłość największym jest darem. Znalazły się w nim teksty zaczerpnięte z twórczości Norwida, Słowackiego, Lenartowicza i fragmenty Hymnu o miłości św. Pawła. W całym zamieszaniu jakie później się rozpętało zapomniano o pełnym ciepła i humanizmu przesłaniu, jakie te teksty ze sobą niosły. 12 grudnia 1981 rano, krótko przed ostatecznym montażem red. Barbara Pietkiewicz przeprowadziła wywiad z artystą, mający być wprowadzeniem do programu. Niemen powiedział wówczas m.in.:
- Jest to szczególny program, ponieważ bezpośrednio dotyczy spraw i świąt Bożego Narodzenia, i w ogóle muzyki liturgicznej w mojej działalności. (…) jako dziecko już należałem do chóru kościelnego, stąd moje związki z muzyką liturgiczną bardzo są, po prostu, ścisłe. Natomiast ostatnie czasy, bardzo niepewne, nie tylko u nas, ale i na całym świecie –ten pęd za czymś jeszcze lepszym, czy gorszym – nie wiem sam - w każdym razie nastąpiła jakaś dewaluacja myśli humanistycznych na całym świecie. Stąd moje powroty do tych treści najpiękniejszych jakie niosą w sobie dzieła sztuki i kultury sakralnej. (…) Czas najwyższy zniszczyć nienawiść, po prostu, w samych sobie. Przestać naprawdę boczyć się na siebie, niezależnie od poglądów innych ludzi. Ja akurat nie należę do żadnych grup politycznych i nie powiem nic, co będzie schlebiało różnym grupom politycznym w związku z tym, ponieważ uważam – to jest mój osobisty pogląd na te sprawy – że człowiek musi być otwarty na każdą myśl i z każdym człowiekiem się jednać. I to chyba nas odróżnia od zwierząt.

Kilkanaście godzin później w całym kraju wprowadzono stan wojenny. W konsekwencji większość artystów ogłosiła bojkot mediów publicznych, nie chcąc by władza legitymizowała swą politykę korzystając z ich wizerunków. Także Niemen wycofał swą zgodę na emisję nagranego programu. Mimo to, 26 grudnia w Dzienniku Telewizyjnym wyemitowano nagraną rozmowę, przemontowaną i skróconą w taki sposób, że można było odebrać ją jako poparcie dla polityki władz i zachętę do przerwania strajków. Przygotowany program również nadano. W efekcie część publiczności w kraju oraz emigracja jeszcze w późniejszych latach, nie znając kulisów tej manipulacji, bojkotowała występy Niemena, a sam artysta przypłacił to zdrowiem i na jakiś czas wycofał się z działalności. Wspominając nagrany wówczas program, powiedział:
- Na pytanie dlaczego taka muzyka, powiedziałem, że ze wszystkich ideologii, jakimi mnie karmiono przez wiele lat została mi jedna, wczesnochrześcijańska – Nie czyń bliźniemu swemu co tobie niemiłe. To bardzo dobrze zagrało w tym stanie wojennym, kiedy program został odtworzony, na drugi dzień świąt, ale niestety ja nie miałem żadnego wpływu na manipulacje tymi wypowiedziami. Okazało się bowiem, że któryś z pułkowników wyciął sobie fragment mojej wypowiedzi prawdopodobnie na temat pracy wg Norwida z Promethidiona. Ja nie widziałem niestety tego, ponieważ jak większość Polaków bojkotowaliśmy Dziennik i nikt nie oglądał tego. Ale byli tacy, co oglądali. (…) Stąd później te reperkusje i poniosłem niesłuszną karę w postaci różnych mniej lub bardziej udanych bojkotów.


Kadr z programu A miłość największym jest darem TVP 1981

Niemen nigdy nie gonił za sukcesem. Wiele osób, które go znały, bądź miały okazję, choć przelotnie z nim porozmawiać  – potwierdza te słowa. Zawsze był skromnym człowiekiem, nigdy nie stwarzał niepotrzebnego dystansu, choć po filmie Sukces Marka Piwowskiego cechowała go pewna nieufność, zwłaszcza w stosunku do dziennikarzy. Trudno się temu dziwić, choćby przez wzgląd na słynną aferę z Radomska, gdzie w recenzji z koncertu miejscowy dziennikarz (zresztą nieobecny na występie) niesłusznie oskarżył go o nieobyczajne zachowanie. Sprawa odbiła się głośnym echem w całym kraju, bowiem artykuł przedrukowała prasa centralna. Jej finał odbył się w sądzie, który uniewinnił Niemena od postawionych zarzutów (tego jednak prasa ogólnopolska już nie nagłośniła). Obie plotki okazały się na tyle trwałe, że do dziś spotkać można osoby, które w nie uwierzyły.

W całym tym zamieszaniu gdzieś umknęło prawdziwe przesłanie programu A miłość największym jest darem, podkreślające duchowy wymiar Świąt. Nawet w dobie politycznej poprawności ma ono swą wartość. Warto znów po dziecięcemu uwierzyć w św. Mikołaja. Warto w zatroskaniu codziennością dostrzec, że i my możemy stać się lepsi, otwarci na innych ludzi. Warto zrobić wewnętrzne porządki, dotyczące choćby relacji z otoczeniem. Ponownie uwierzyć w szczerość intencji innych ludzi. Naprawdę, jeszcze teraz można doświadczyć wielu przejawów bezinteresownej dobroci. Wszak najczęściej nie jesteśmy obojętni na ludzką krzywdę. Dziś wielu kojarzy Święta jedynie z błogim lenistwem, degustacją potraw (lub jak kto woli obżarstwem) i integracją rodzinną (czasem wymuszoną). Warto jednak pamiętać, że w naturze ludzkiej leży poszukiwanie. Warto zdobyć się na przekraczanie obiegowych opinii i kształtowanie własnej, indywidualnej postawy życiowej, tej za którą świadomie weźmiemy pełną odpowiedzialność. Wielu ludzi, zwykle idąc na kompromis z własnym sumieniem unika myśli, które mogłyby zachwiać ich światopoglądem, burząc pozorny spokój. Może wówczas pojawiłyby się pytania, na które nie ma prostych odpowiedzi? 

Dziś dla wielu świąteczne przygotowania straciły wymiar religijny i duchowy, stając się fiestą konsumpcji. Ostatnio nawet producenci odświeżaczy powietrza proponują zapachy inspirowane ciepłem kominka i gorącą czekoladą, mające przywołać magię świąt. Tylko czy naprawdę jedynie o to w tym wszystkim chodzi? Często ostatnio słyszę stwierdzenia: Kompletnie nie czuję nadchodzących świąt. Może po prostu brakuje nam ich szeroko pojętego, duchowego wymiaru? Może warto powrócić do korzeni?

Program Niemena A miłość największym jest darem dzięki nowoczesnej technologii na szczęście przetrwał. Można obejrzeć go w serwisie YouTube. Jest niedługi, trwa zaledwie kwadrans. Warto poświęcić mu chwilę, zadumać się nad tekstami. Zdecydowanie wyróżnia się na tle bogatych produkcji. Nie sposób też nie dostrzec jego wartości artystycznej. Skromna scenografia podkreśla urok muzyki i przede wszystkim uwypukla głos Niemena. Jego możliwości wokalne wydają się wprost nieograniczone, choć artysta prezentuje je w sposób skromny i wyważony. Największe wrażenie robi wykonanie Hymnu o miłości, wykonywanego a capella. Głos, budowanie napięcia i sposób artykulacji dozuje napięcie i podkreśla uniwersalną wymowę tekstu. Utwór ten, wykonywany także często jako bis na koncertach był popisem niezwykłych umiejętności artysty, a kończąc zwykle program pozostawiał słuchaczy zawieszonych w zupełnie innym wymiarze.

Życzę wszystkim moim Czytelnikom jak najwięcej szczerej i niewymuszonej radości, płynącej nie tylko z odkrywania nowych muzycznych obszarów.

słuchacz



PS.


Przytoczone wypowiedzi pochodzą z płyty Czesław Niemen o sobie, wydanej w 2008 r. w serii Autobiografia na CD (Fonografika) oraz z książek Dariusza Michalskiego Niemen o sobie (Twój Styl, Warszawa 2005) oraz Czesław Niemen. Czy go jeszcze pamiętasz? (Wydawnictwo MG, 2009).







poniedziałek, 14 grudnia 2015

Mój prywatny Audio-Vintage, część druga







Miesiąc temu umieściłem na blogu tekst dotyczący mojej nowej pasji. Z niemałym zdziwieniem zauważyłem, że należy do chętnie czytanych. Nie wykluczone, że sprawiło to określenie Audio-Vintage, które znalazło się w tytule. Trend określany tym mianem w istocie robi ostatnio coraz większą karierę, także w naszym kraju. Być może to kwestia pewnej nostalgii i chęci powrotu do minionych czasów oraz możliwości zrealizowania marzeń z czasów młodości. Wszak teraz niewielkim kosztem można pozwolić sobie na taką ekstrawagancję i w dodatku być trendy. Jak wcześniej wspomniałem – znalazłem w tym nurcie swą niszę, dającą mi sporo radości. 


Nowy nabytek i kolekcja w całej okazałości

Z dumą donoszę, że moja kolekcja magnetofonów szpulowych powiększyła się i stanowi pewien zamknięty (mam nadzieję) i logiczny ciąg. Do tej pory zbiór składał się z tranzystorowego niemieckiego Grundiga TK 140 de luxe i jego licencyjnego polskiego odpowiednika ZK 140T, produkcji warszawskich Zakładów Kasprzaka, należących do zjednoczenia UNITRA.  Prócz tego posiadam lampowy model ZK 145 (także UNITRA). Kilka dni temu do trzech posiadanych dołączył czwarty – Grundig TK 145 de luxe, będący zachodnim pierwowzorem ostatniego z wymienionych. Na aukcjach bywa rzadko i osiąga często absurdalne ceny. Zdobyłem go przypadkiem. Początkowo miał mieć zupełnie inne przeznaczenie. Jednak kiedy zajrzałem do środka... Był w doskonałym stanie. To niewiarygodne, że blisko pięćdziesięcioletni sprzęt może tak wyglądać i wewnątrz nawet nie mieć kurzu. Podejrzewam, że nie był zbyt intensywnie eksploatowany, o czym świadczy choćby małe zużycie kołków prowadzących taśmę. Tak więc kolekcja powiększyła się i stanowi teraz jakiś logiczny ciąg – choć przyznaję, logikę w zbieraniu starych gratów na dość ograniczonej przestrzeni trudno dostrzec.


TK145 de luxe po zdjęciu obudowy - góra i spód.
Jak widać - stan niemal idealny

Ale po kolei. Jak wspomniałem Grundig okazał się doskonale zachowanym egzemplarzem. Po rozebraniu i naoliwieniu osi obu napędów, jak również łożysk silnika oraz poprawieniu przewijania (przesunięcie sprężyn i delikatne zmatowienie boków talerzyków drobnym papierem ściernym) mechanizm działał bez zarzutu. Nie było nawet konieczności wymiany pasków. Nagrywał też nieźle, zarówno na ustawieniu ręcznym jak i na automacie, ale tylko na jednej ścieżce. Druga pozostawiała sporo do życzenia. Niestety, konieczna okazała się wymiana głowicy. Czyszczenie i delikatne polerowanie filcem nic nie dało. Skąd wziąć nową głowicę do lampowego Grundiga sprzed blisko pół wieku? Na oryginał nie ma szans. Logika podpowiadała, że z uwagi na bliźniaczość konstrukcji i parametrów pewnie nadawałaby się polska (od lampowych zetek, typ U24-201 o indukcyjności 840mH). Jak wiadomo, głowice uniwersalne w opisywanych modelach montowane były w permalojowych osłonach. Jednak zarówno same głowice, jak i ich osłony w obu modelach zdecydowanie różnią się (patrz fotografie). Polska jest szersza, dedykowany do niej kubek również. 



U góry po lewej głowice w Grundigu, po prawej w Unitrze,
 niżej po prawej stronie porównanie ich wyglądu po wymontowaniu 
(z lewej polska, z prawej niemiecka),
u dołu wymieniona płyta pośrednia z Grundiga zastąpiona polskim "przeszczepem"

Zamontowanie jej w Grundigu okazało się niemożliwe. Przeszkodą okazały się śruby, służące do mocowania i regulacji, osadzone na stałe na płycie pośredniej i rozstawione minimalnie zbyt wąsko. Dodatkowym utrudnieniem stały się gabaryty głowicy kasującej, znacznie szerszej niż krajowy odpowiednik, umieszczonej tuż obok. Wydawałoby się – problem nie do rozwiązania.
Pomocą posłużył karton z częściami pozyskanymi z trzech rozebranych wcześniej polskich zetek. Jedyną receptą był "przeszczep" płyty pośredniej ze starego ZK 140T (wyposażonej także w identyczny jak w Grundigu wspornik mocujący wychyłowy wskaźnik wysterowania). Mimo takiej konieczności postanowiłem wykorzystać jak najwięcej części pochodzących z oryginału. Niezbędna okazała się również wymiana umieszczonego bezpośrednio pod płytą suwaka z kołkami oddalającymi taśmę od głowic w pozycjach przewijanie i stop (również minimalne różnice w ich rozstawieniu, uniemożliwiające współpracę z osłoną głowicy – stąd musiałem wykorzystać polski). Pozostałe części pasowały. Tak więc pozostała oryginalna kompletna dźwignia docisku taśmy ze sprężyną, skrajne zespoły kołków prowadzących taśmę (lewy z głowicą kasującą, prawy z górnym łożyskiem koła zamachowego z wałkiem napędowym) oraz cały zespół przełącznika ścieżek. 


Widok magnetofonu przed (góra) i po operacji (dół)


Po zmontowaniu całości przyszedł czas na chwilę prawdy. Na szczęście niespodzianek nie było. Wszystko zadziałało bezbłędnie. Po drobnych regulacjach i rozmagnesowaniu całego toru przesuwu taśmy magnetofon doskonale odtwarza i nagrywa na obu ścieżkach. Muszę stwierdzić, że nawet ów TK145 de luxe gra minimalnie lepiej od swego polskiego odpowiednika ZK145. Słychać różnice w dynamice zapisu i odtwarzania. Warto podkreślić, że płytka z elektroniką różni się od polskiej jakością montażu oraz zamontowanych elementów, jak również samym ich układem, choć schematy obu magnetofonów są bardzo zbliżone. Zwraca uwagę doskonała jakość listwy zapis-odtwarzanie. W krajowych magnetofonach pokryte srebrem styki już po kilku latach ulegały utlenieniu, pokrywając się czarnym nalotem. Powodowało to zmianę parametrów elektrycznych, w skrajnych wypadkach prowadzając nawet do wzbudzania się układu. Niemcy wykonali je z innego materiału, stąd też w obu posiadanych przeze mnie Grundigach wyglądają świetnie i nie wymagają czyszczenia. Reasumując – kilka godzin doskonałej zabawy ze sprzętem sprzed pół wieku i kolejny egzemplarz został ocalony, dając aktualnemu użytkownikowi sporo radości i satysfakcji. Stoi obecnie w zasięgu ręki, będąc przynajmniej w moim odczuciu ozdobą pokoju oraz grając od czasu do czasu zachęca do sympatycznych wycieczek w przeszłość nie tylko muzyczną.


Kolekcja

Innym ważnym elementem, tworzącym klimat mego azylu jest gramofon G 1100 fs, czyli poszukiwany niegdyś Daniel, będący obiektem marzeń wielu ówczesnych melomanów. Wyprodukowany został w Łodzi i nosi dumne logo UNITRA FONICA. Nabyłem go w 1982 roku (przy sporej dozie szczęścia) i od tego czasu (poza drobnymi zabiegami konserwacyjnymi) działa praktycznie bezawaryjnie. Większość użytkowników z pewnością pamięta, że był to model wyposażony w automatykę ramienia, umożliwiającą naprowadzenie wkładki na początek płyty i  powrót po zakończeniu odtwarzania. W ciągu lat dokonałem w używanym egzemplarzu jedynie dwóch zmian. Na początku eksploatacji na tylnej ścianie obudowy zainstalowałem wyłącznik, powodujący ominięcie układu wykrywania końca płyty. Już w tamtym okresie posiadałem dość sporą kolekcję analogów. Zdecydowana większość funkcjonowała poprawnie, tzn. ramię gramofonu po dojściu do końca strony samoczynnie podnosiło się, po czym powracało do pozycji spoczynkowej. 


DANIEL   G 1100 fs

Znalazło się jednak w mym zbiorze kilka takich pozycji (bodaj dwie na kilka setek), których nie dało się wysłuchać do końca, bowiem ramię tuż przed zakończeniem wracało do punktu wyjścia. Regulacje stosowną śrubą były nieskuteczne, bowiem na tych płytach najprawdopodobniej średnica ostatniego rowka przed naklejką nie odpowiadała powszechnie przyjętym normom. Kto je tłoczył - niech pozostanie zagadką, choć raczej niezbyt trudną, zważywszy na ówczesny ograniczony rynek. Jedynym rozwiązaniem okazało się odłączenie wspomnianego układu na czas ich odtwarzania. Drugiej zmiany dokonałem stosunkowo niedawno. Gramofon zamiast fabrycznej wkładki MF100 zyskał nową – Shure M44G (sprawdza się znakomicie) oraz miast wyprowadzającego sygnał do wzmacniacza cieniutkiego kabelka ze złączem DIN otrzymał przyzwoite grube kable, zakończone pozłacanymi wtykami typu "cinch". Różnica jest na tyle zauważalna, że ostatnio chętniej sięgam po stare analogi, a nawet moja kolekcja wzbogaciła się o kilka pozycji.




Proszę wybaczyć ten nieco przydługi wpis, pełen technicznych szczegółów, pozornie odległy od zasadniczej tematyki bloga. Jednak wszystko to ostatecznie dotyka muzyki i wrażeń płynących z jej słuchania. Niezmiennie od lat pozostaje ona dla mnie bezpiecznym azylem i ucieczką od coraz częstszych rozczarowań dzisiejszym światem, jak i niegdyś przyjaznymi ludźmi, którzy go zamieszkują.



słuchacz




wtorek, 8 grudnia 2015

SBB - wrażenia po bydgoskim koncercie












Początkowo wszystko wskazywało na to, że 6 grudnia nie będzie mi dane zaleźć się w Kuźni na bydgoskim koncercie zespołu. Na szczęście stało się inaczej, mój osobisty św. Mikołaj nie zapomniał o mnie. Od dawna ostrzyłem sobie zęby na to, by zobaczyć i usłyszeć SBB w klasycznym składzie. Przyznam, że wcześniej kilkakrotnie widziałem grupę na koncertach, jednak zawsze miejsce Jerzego Piotrowskiego zajmowali inni perkusiści. Wreszcie doczekałem się. I z całym szacunkiem dla innych (wielkich) muzyków za bębnami - teraz wiem jedno. Król jest tylko jeden. Mam wrażenie, że licznie zgromadzona publiczność miała podobne odczucia. I należy się z tą opinią liczyć, bowiem na koncert przybyli przede wszystkim ci, którzy z racji wieku i znajomości tematu mają prawo do własnego zdania w tej kwestii. Z dawna wyczekiwany powrót Kety stał się faktem. W rozmowie po koncercie, kiedy nie mogłem nie podziękować liderowi za świetny koncert, Józef Skrzek powiedział skromnie: No wiesz, zgrywamy się.






Uważam, że forma zespołu, nawet w porównaniu z zarejestrowanym trójkowym koncertem wyraźnie rośnie. Oczywiście nie przesadzajmy, drobne wpadki były - jednak dawno nie słyszałem SBB grającego z takim rockowym pazurem, choć to ponoć kapela progresywna. I jestem przekonany, że w głównej mierze była to zasługa Jerzego Piotrowskiego. Na zawsze utkwi mi też w pamięci obraz Józefa Skrzeka, w uniesieniu obsługującego lewą ręką gryf zawieszonej na szyi gitary basowej, zaś prawą dogrywającego improwizacje na stojących obok klawiszach. Widziałem już podobne zdjęcia lidera, jednak doświadczenie tego na własne oczy i uszy, z zaledwie trzeciego rzędu jest niezapomnianym przeżyciem.
Charakterystyczna ciemna i niezbyt obszerna estrada Kuźni (w najbliższym planie jest remont, który mam nadzieję nie pozbawi tego miejsca swoistej magii) nasunęła mi pewne skojarzenia. W wyobraźni cofnąłem się w przeszłość i zobaczyłem chłopaków o kilkadziesiąt lat młodszych, u progu kariery, z zapamiętaniem ćwiczących w ciasnej siemianowickiej piwnicy. Wyobrażam sobie, że mieli wówczas w sobie podobny ogień i zapał.






Koncert rozpoczął się kompozycją Odwieczni wojownicy (greccy Achajowie to wyraźny ukłon w stronę Lakisa). Ten utwór nie zabrzmiał nadzwyczajnie, słychać było zmagania realizatora z akustyką klubu. Co innego brzmienie w pustej, dość wąskiej sali, a co innego gdy wypełniona jest po brzegi publicznością. Dalej na szczęście było już dużo lepiej. Program składał się w zasadzie z samych "żelaznych pozycji", głównie z początków kariery: Odlot, Wizje, Rainbow Man, Z miłości jestem, Na pierwszy ogień, Walkin' Around The Stormy Bay, Memento z banalnym tryptykiem. Kolejność podaję przypadkowo, odtwarzając utwory z pamięci (mam nadzieję, mnie nie zwodzi). Kompozycje były zwarte i nie przegadane, choć solówek nie brakowało (zwłaszcza lidera na basie), a potężnie brzmiąca perkusja Jerzego Piotrowskiego nadała im wyjątkowej dynamiki, takiej jaką pamiętam z legendarnej debiutanckiej płyty. W zasadzie rozpoznawałem główne tematy, jednak reszta była mocno przearanżowana, co zdecydowanie wpłynęło na ich mocne rockowe oblicze. Klawisze Józef traktował dość oszczędnie, oszczędnie też śpiewał choć jego dyspozycja wokalna nie budziła zastrzeżeń. W zasadzie jakoś w moim odczuciu (choć trudno traktować to jako zarzut) specjalnie nie wyróżniał się grający dość zachowawczo Anthimos. Zespół jest jednak doskonale rozumiejącym się monolitem i brak jakiegokolwiek ogniwa zdecydowanie wpłynąłby na brzmienie całości.






Na niewielkiej estradzie ulokowano dwa zestawy perkusyjne: Zildjian Kety i Pearl Lakisa. Zgodnie z twierdzeniem Czechowa - strzelba na ścianie w pierwszym akcie musi wypalić w trzecim. Tak się też stało. Na zakończenie zasadniczej części programu muzycy zaprezentowali publiczności oczekiwane Drums Battle. Rozpoczął Jerzy blisko czterominutowym wstępem, po czym miejsce za swoim zestawem zajął Lakis. Wspólnie muzycy zaserwowali publiczności czternastominutowy dialog, prowadzony wszakże z dużym poczuciem humoru. Z całym szacunkiem dla umiejętności Anthimosa, czasem dialog ten przypominał rozmowę ucznia z mistrzem. Może taki był pierwotny zamiar, bowiem na estradzie nie brakowało żartów, wzajemnych zachęt i porozumiewawczych uśmiechów. Zwieńczeniem tych popisów było dwukrotne standing ovation publiczności.






Muzycy zmęczeni, choć wyraźnie zadowoleni dali się w końcu namówić na dwa bisy. Drugi z nich, Pielgrzym, do słów Cypriana Norwida, choć z zupełnie inną linią melodyczną był wyraźnym nawiązaniem do twórczego okresu spędzonego z Niemenem. Fani wiedzą, że historia zespołu obfituje w wiele zakrętów, wzlotów, a także upadków. Cała trójka zaczynała karierę bardzo wcześnie, Anthimos miał zaledwie szesnaście lat. W efekcie, po dziewięciu bardzo intensywnych latach przyszło wypalenie i przemęczenie. Na początku lat osiemdziesiątych nastąpiła wymuszona przerwa. Zespół jednak reaktywował się. Działa w różnych składach praktycznie od początku lat dziewięćdziesiątych, co jednak nie przeszkadza muzykom w realizacji projektów solowych. Należy się cieszyć, że grupa powróciła do pierwotnego, klasycznego składu. Widać chemię i radość ze wspólnego grania. Wierzę, że muzycy jeszcze nie raz potrząsną nie tylko krajową sceną rockową. I tego im szczerze życzę.







słuchacz


PS:

Pokoncertowe trofea. Dzięki za wspaniały wieczór.















wtorek, 1 grudnia 2015

Szukanie Burzenie Budowanie - SBB przed bydgoskim koncertem





płyty SBB i Józefa Skrzeka (choć nie wszystkie)

W najbliższą niedzielę 6.12.2015 w bydgoskiej Kuźni odbędzie się koncert grupy SBB, znanej chyba wszystkim miłośnikom dobrej muzyki. Zespół na przestrzeni ponad czterdziestu lat swej działalności wydał niemal niezliczoną ilość płyt (sam posiadam 83, a z pewnością nie jest to wszystko). Gwoli ścisłości: albumy podwójne liczę jako dwie płyty zaś wielopłytowe - tyle ile zawierają krążków. Do tego można doliczyć sześć tytułów wydanych na DVD, zawierających koncerty. Wypada także wspomnieć o kilkudziesięciopłytowym dorobku solowym Józefa Skrzeka, lidera zespołu (na półeczce zaledwie 33 pozycje - to też oczywiście nie wszystko). Mimo tak olbrzymiego materiału kanon zespołu składa się w zasadzie z szesnastu płyt studyjnych, wydanych w latach 1974 – 2012.


wybrana wideografia

W 2003 roku Śląska Witryna Muzyczna opublikowała książkę Andrzeja Hojna i  Michała Wilczyńskiego zatytułowaną SBB WIZJE, zawierającą autoryzowaną historię grupy. Nakład został dawno wyczerpany, jak dotąd nie było wznowienia, stąd dziś jest poszukiwanym białym krukiem. Warto zapoznać się z tą pozycją, choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że napisana została trochę „na kolanach”, bez właściwego dystansu. Zawiera wnikliwą, aczkolwiek nieco jednostronną analizę muzyki oraz interesujące, pełne smaczków wywiady z muzykami. Znalazł się także wywiad z Julianem Matejem (prywatnie Romualdem Skopowskim), autorem większości tekstów, który przez wielu fanów uważany był za nieistniejącą postać, za którą kryły się literackie próby członków zespołu. Książka wykreowała obraz zespołu złożonego z ambitnych i pracowitych muzyków, którzy dzięki swemu uporowi i ciężkiej pracy sięgnęli po zasłużone uznanie. Niezbyt obszernie potraktowano półtoraroczną współpracę tria z grupą Niemen, a trzeba podkreślić, że jej owocem były dwie płyty nagrane w kraju i dwie w RFN. Współpraca ta też okazała się niekwestionowaną platformą, która otworzyła zespołowi drzwi do późniejszej kariery, także za granicami Polski.
Myślę, że trudno znaleźć w kraju inną grupę, której twórczość byłaby tak dokładne udokumentowana. To dobrze, zwłaszcza dla muzyki. Żałuję jedynie, że podobnej dokumentacji nie doczekał się dorobek Niemena, mimo upływu blisko dwunastu lat od jego przedwczesnej śmierci. Jednak to temat mający niestety niewiele wspólnego z muzyką.




Można oczywiście wybrzydzać, że po co tak dużo, że płyty nierówne, że powielają materiał. To jednak nie są rozterki fanów zespołu. Dobrze, że te płyty są. W ostatnich dniach pojawiło się kolejne nowe, kapitalne wydawnictwo, zawierające zapis koncertu, jaki odbył się 1 marca tegoż roku w Radiowej Trójce. Grupa zagrała w klasycznym składzie, z gościnnym udziałem Michała Urbaniaka. Płyta stała się wspaniałą wyprawą do muzycznych początków zespołu, ukazując muzyków w doskonałej formie. Michał Urbaniak, niekwestionowana gwiazda światowego formatu choć z nieco innej galaktyki, wspaniale wtopił się w brzmienie grupy. Znam różne wydawnictwa koncertowe SBB, ale to ostatnie sprawia, że wręcz czuje się na plecach dreszcz emocji, a skrzypce Urbaniaka brzmią tak, jakby muzyk grał z zespołem od zawsze. W Kuźni wprawdzie go nie usłyszymy, jednak płyta potwierdza wysoką formę pozostałych członków grupy i zapowiada niezwykłe przeżycia.


SBB w Trójce 2015

Warto podkreślić, że od ubiegłego roku trio występuje w swym klasycznym składzie, z Jerzym Piotrowskim, który wielokrotnie był uznawany w latach siedemdziesiątych przez czytelników Jazz Forum za najlepszego polskiego perkusistę. Po nagraniu płyty Memento z banalnym tryptykiem (1981) i zawieszeniu działalności formacji Piotrowski przez jakiś czas współpracował z Kombi, Young Power, Martyną Jakubowicz i Dżemem by ostatecznie pozostać w USA. Po reaktywacji zespołu jego miejsce kolejno zajmowali: Mirosław Muzykant (1998-1999), Paul Wertico, znany z grupy Pata Metheny'ego (2000-2007) oraz Gabor Nemeth, grający wcześniej w węgierskiej formacji Skorpió (2007-2011). Tę ostatnią być może znają starsi słuchacze Trójki. Perkusiści zmieniali się, a zespół często udowadniał, że potrafi poradzić sobie w różnych składach, także w duecie (patrz płyta zatytułowana  SBB z 2012 roku). Za bębnami często siadał też „Lakis” (Anthimos Apostolis, syn greckich emigrantów, urodzony w Siemianowicach Śląskich), grający przede wszystkim na gitarze. Znane są też koncerty SBB, na których dochodziło do muzycznych pojedynków na dwie perkusje, między aktualnym perkusistą a gitarzystą. Lider grupy Józef Skrzek z równą biegłością obsługuje gitarę basową, skrzypce jak i wielopiętrowe klawisze. Warto wspomnieć, że rozpoczynał swą karierę grając na gitarze basowej na dwóch pierwszych płytach grupy Breakout.


wybrane płyty Anthimosa

O samej muzyce tria można pisać wiele. Nie sposób nie wspomnieć o ich debiutanckim albumie, nagranym na żywo podczas dwóch koncertów. Płyta stała się legendą. Niedostępna w sklepach osiągała zawrotne ceny. Zawarta na niej żywiołowa, improwizowana muzyka odwoływała się do najlepszych światowych wzorów (pobrzmiewa tam wyraźnie Hendrix i Cream). Do dziś uznawana jest, za jedno z największych osiągnięć zespołu. Równie wysoko zarówno krytycy jak i fani zespołu oceniają album Memento z banalnym tryptykiem, ostatni przed zawieszeniem działalności. Muzycy flirtowali z jazzem (Tomasz Stańko, Tomasz Szakal  Szukalski, Andrzej Przybielski) współpracowali z Haliną Frąckowiak (Geira, Ogród Luizy) i Janem Błędowskim (Krzak).
Jestem przekonany, że jest w muzyce SBB coś, co fascynuje, wciąga i każe wracać nawet po latach. Nie bez powodu Zbigniew Preisner, czołowy i uznany na świecie kompozytor muzyki filmowej, tworzący partie instrumentalne na płyty największych gwiazd światowego formatu jest zafascynowany talentem Józefa Skrzeka. Wielokrotnie występowali razem, koncertując w wielu krajach. Mimo napiętych terminów sam go poprosił o możliwość skorzystania z taśm matek kilku kompozycji, by nadać im kształt taki, jaki zrodził się w jego wyobraźni. Niczego nie dograno, kompozycje zostały jedynie inaczej zmiksowane. Powstała unikalna płyta, odkrywająca po latach nowe oblicze znanych już wcześniej utworów.

Skrzek SBB Preisner 2012

Muszę wspomnieć o jeszcze jednym solowym dziele Józefa Skrzeka. Niedawno ukazała się nowa, przepięknie wydana płyta tego artysty, nosząca tytuł Surge Propera. Jest to właściwie rozwinięcie i uzupełnienie wcześniejszego albumu, zatytułowanego Kazania Świętokrzyskie, pomyślanego jako spektakl słowno-muzyczny. Mimo to płyta jest projektem autonomicznym. Składa się nań siedem kompozycji instrumentalnych nadzwyczajnej urody, zagranych przez Józefa Skrzeka na organach Bazyliki Katedralnej w Kielcach, z towarzyszeniem Mini Mooga. To zdumiewające jak te instrumenty w niemal doskonały sposób potrafią się uzupełniać. Powstała rzecz po prostu skończenie piękna. Warto tu podkreślić zasługi Jana Tarnawskiego i Marcina Majewskiego, którzy są jej producentami.  Rzadko coś porusza mnie do tego stopnia, jednak od kilku dni nie mogę się od tej płyty uwolnić. Słucham jej z telefonu jadąc do pracy, słucham też wracając. Przy okazji ciekawostka - płyta została wydana jak dotąd jedynie na winylu. Można kupić ją oddzielnie, jak również w eleganckim boxie łącznie z dwupłytowym digipakiem, zawierającym wcześniej wspomniane Kazania Świętokrzyskie. Płyta dostępna jest także w formie plików cyfrowych mp3.




Cóż jeszcze na koniec - obecnie grupa SBB jest jednym z czołowych przedstawicieli rocka progresywnego w naszym kraju. Gra kilkanaście koncertów rocznie. Zawita także 6 grudnia, tj. w najbliższą niedzielę  do bydgoskiej Kuźni. Ciągle, jak przed laty Szuka Burzy Buduje.



słuchacz


PS 

Katedra Przemysłów Kreatywnych / Wyższa Szkoła Gospodarki w Bydgoszczy - dziękuję za życzliwość.


niedziela, 29 listopada 2015

Życie na uwięzi - Laurie Anderson i nie tylko



Lampka na biurku rzuca nieco przytłumione światło. Kończy się niedziela. Za oknem, w ciemności majaczą dalsze i bliższe światła okolicznych bloków. Z oddali błyska uszkodzony neon - tuż przy przystanku, na którym jutro będę oczekiwał porannego autobusu. Ale to jutro. Dziś jeszcze zanurzam się w zniewalający, nieco hipnotyczny świat Laurie Anderson. Muzyka oszczędna, minimalistyczna. Dźwięki tylko te niezbędne. I jej intrygujący głos. Płyta Life On A String (2001) nie najnowsza i chyba też nie najbardziej reprezentatywna dla jej twórczości. Jednak wciąga. Coś sprawia, że gdy dobiega końca naciskam ponownie przycisk PLAY w odtwarzaczu. Właściwie nie wiem dlaczego. Może to nastrój pozostawiający nieco miejsca na refleksję, może proste a jednak wieloznaczne teksty, sprawiające że uciekam myślami w przeszłość, a może po prostu podświadomie szukam takiej muzyki, która nie jest tylko tłem. 


Laurie Anderson - Life On A String (2001)

Podstawowym instrumentem Laurie są skrzypce. Ich przetworzony dźwięk często dalece odbiega od znanych brzmień. A i tytuł płyty odczytać można niejednoznacznie. Jako że skrzypce, to może Życie na strunie, albo Życie na uwięzi, bądź zgoła jeszcze inaczej?
Laurie Anderson to amerykańska artystka, która odnajduje się różnych dziedzinach sztuki. Podobnie jak współczesna sztuka wymyka się łatwym ocenom, także jej twórczości nie da się zamknąć w jednym pudełku. Laurie jest malarką, filmowcem, reżyserem, pisarką, rzeźbiarką, performerką i kompozytorką. Tworzy instalacje, buduje instrumenty muzyczne. Od początku lat osiemdziesiątych nagrała kilkanaście płyt. Tworzy muzykę do filmów i sztuk teatralnych. Współpracowała z wieloma artystami, także tymi największymi. Można długo wymieniać:  William Burroughs, Jean Dupuy, Arto Lindsay, Bill Laswell, Ian Ritchie, Peter Gabriel, Perry Hoberman, David Sylvian, Jean Michel Jarre, Brian Eno, Philip Glass, Bobby McFerrin, Ryuichi Sakamoto, Dave Stewart, Peter Gordon, Adrian Belew, Hector Zazou. Współdziałała na gruncie artystycznym także z Lou Reedem, swym mężem. Mógłbym przywołać tu wiele osiągnięć z jej życia artystycznego, jednak nie to jest dziś najważniejsze.
Sięgnąłem po tę płytę przypadkowo. Na mojej półeczce sporo jest pozycji, których nie słucham zbyt często, a jednak nie chcę się ich pozbyć, bo uważam, że są wartościowe. Czasem bywają inspiracją do zupełnie niemuzycznych refleksji, tak jak dziś...



Wybór nagrań Laurie Anderson

Zastanawiam się ile osób spośród sporego grona odbiorców szeroko pojętej kultury chce poszukiwać w podsuwanych przez media propozycjach czegoś nowego? A ilu chce podążać indywidualną drogą własnych poszukiwań? Chodzi nie tylko o muzykę. W równym stopniu może dotyczyć to poglądów czy interpretacji i oceny aktualnych wydarzeń. A może jedynie przymierzamy poszczególne kostiumy myśląc - w tym mi dobrze, nie wyróżniam się spośród tłumu, przecież wszyscy tak robią (myślą, mówią - niepotrzebne skreślić) - wobec tego to także moja opinia... Media tłumaczą otaczający świat na różne sposoby, podsuwają gotowe interpretacje, wystarczy dopasować je do siebie i powtarzać dokoła jako własne. Będziemy nowocześni, wszak to opinie powszechnie uznanych autorytetów, specjalistów od tłumaczenia i zaklinania rzeczywistości.


Ciągle aktualny Orwell i płyty, będące symbolem muzycznych poszukiwań
Przypuszczam, że też pojawią się w kolejnych wpisach

W ostatnich dniach sięgnąłem ponownie po Rok 1984 Orwella. Ta książka nie straciła niczego ze swej aktualności. Wręcz zyskała dodatkowe pola interpretacji. Wkraczamy w dorosłe życie, najczęściej wstępnie ukształtowani przez poglądy i świat wartości przejęty od najbliższych. Warto mieć świadomość, że i on być może został stworzony w wyniku pewnych nie do końca obiektywnych wyborów i okoliczności. Czy jest do końca nasz? Może warto poszukać własnego? Może jeszcze nie jest zbyt późno? Warto poświęcić nieco czasu na refleksję, odrzucić to co łatwe, gotowe i zdobyć się na wybór własnej drogi. Warto czasem zrewidować własne opinie. Dotyczy to zarówno systemu wartości, światopoglądu, jak i preferowanej muzyki. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Wszak z prądem płyną tylko martwe ryby.


słuchacz



poniedziałek, 16 listopada 2015

Audio-Vintage. Moda, czy kolejny bzik?




Nie ukrywam, że ten wpis jest swoistą ucieczką od tematyki niedawnych wydarzeń, które są skutkiem wielu nieprzemyślanych decyzji na wysokich szczeblach. Z całym szacunkiem dla niewinnych ofiar - sądzę, że zmiana swojego wizerunku na trójkolorowy w znanym serwisie społecznościowym oraz niewiele znaczące gesty solidarności niczego nie rozwiążą. To już nie ten poziom. Tyle tytułem usprawiedliwienia.



Vintage to modne słowo, robiące ostatnio sporą karierę w wielu dziedzinach: od mody, wystroju wnętrz, stylu życia po sprzęt grający rodem z minionego wieku. Ma różne oblicza - od prostych akcentów po niezwykle wysublimowane artefakty. Nie od dziś wiadomo, że moda jest zjawiskiem ulotnym, a dziś obowiązujące kierunki jutro okazują się przebrzmiałe. Jednak od pewnego czasu zasadom tym nie podlega kierunek określany jako vintage. Najogólniej polega on na nadawaniu drugiego życia przedmiotom pochodzącym z minionego wieku. Dotyczy to najczęściej wybranych dziedzin i określonych sprzętów, jednak margines jest spory i wyznacza go głównie indywidualna pomysłowość. Za Wikipedią – powinny to być rzeczy wysokiej jakości, niepodatne na zniszczenia, którym upływ czasu nadaje urok szlachetności. Dziś określa się w ten sposób także takie produkty, które jedynie nawiązują do minionego wieku, choć to duże spłycenie. Przyznam, że od jakiegoś czasu znalazłem w tym trendzie swoją indywidualną niszę. Łatwo domyśleć się, że jest ona pośrednio związana z muzyką, a właściwie bardziej ze sprzętem ją odtwarzającym.

moja kolekcja

Jak zwykle o wszystkim zdecydował przypadek, a właściwie konieczność sprawdzenia zawartości kilku szpul z taśmą magnetofonową, pochodzących sprzed bez mała trzydziestu lat. Był to impuls, który przywołał odległe wspomnienia, jeszcze z okresu szkoły średniej.
W połowie lat siedemdziesiątych byłem szczęśliwym (choć nie do końca, lecz o tym za chwilę) posiadaczem magnetofonu szpulowego ZK120T, który służył nieocenioną pomocą w poszerzaniu mych ówczesnych horyzontów muzycznych. 
Początkowo źródłem inspiracji muzycznych były zdobycze kolegów (tak, muzykę wówczas się zdobywało), skrzętnie przegrywane z podobnych cudów techniki, stanowiących ważny element wyposażenia ówczesnych nastolatków. Kilka lat później już samodzielnie nagrywałem ze zdobytego (nie bez trudności ) odbiornika radiowego z zakresem UKF, marki Jowita. Na początku lat siedemdziesiątych, na fali przyspieszonego rozwoju i pozyskiwania zachodnich technologii Polska zakupiła od zachodnioniemieckiej firmy Grundig licencję popularnych magnetofonów, które zapoczątkowały produkcję rodzimych „zetek”, podjętą przez warszawskie Zakłady Kasprzaka. Seria składała się z sześciu modeli: ZK120, ZK125, ZK140, ZK145 (lampowe) oraz ZK120T i ZK140T (tranzystorowe). Etymologia nazw tej rodziny była następująca: ZK – Zakłady Kasprzaka, pierwsza cyfra oznaczała ilość prędkości przesuwu taśmy (w tym przypadku jedną: 9,5 cm/s), druga - ilość ścieżek zapisu (dwie lub cztery), trzecia dodatkowe wyposażenie (5 to dodatkowe układy: automatyki zapisu mowy, muzyki i trikowy, a także wbudowany układ wyłącznika końca taśmy, wyzwalany wklejanym metalizowanym odcinkiem). Był to stosunkowo nieskomplikowany sprzęt, który jednak ulegał awariom. I tu dochodzimy do sedna tematu. 



Jako, że elektronika w tamtym czasie była moją pasją, przekutą później w dalszy kierunek edukacji i początkową karierę zawodową, stąd też w krótkim czasie (bez fałszywej skromności) stałem się poszukiwanym specjalistą wśród sporego grona znajomych. Zdobyłem doświadczenie najpierw na własnym sprzęcie, usuwając fabryczne uszkodzenia, z którymi w ramach gwarancji nie poradził sobie pobliski ZURT. Dobrym poligonem była kilkutygodniowa praktyka w ramach szkoły pomaturalnej w podobnej placówce (gdzie również udało mi się posiadaną praktyką zaskoczyć starych wyjadaczy).
Był to okres, kiedy Polskie Radio dbało bardziej o rozwój zainteresowań i kształtowanie muzycznych gustów swych słuchaczy niż o interesy finansowe zachodnich wydawnictw płytowych (zresztą i tak zza żelaznej kurtyny, więc ideologicznie odległych). Płyty często nadawano w całości, poprzedzając je krótkim testem dla fonoamatorów, pozwalającym wyregulować przygotowany do nagrywania sprzęt. Przy sporym zaangażowaniu i systematyczności można było zdobyć mnóstwo wymarzonej muzyki. Na płyty czekało się z wypiekami i dyskutowało się o nich w gronie przyjaciół.


na tym się nagrywało

Tak więc, niejako wywołany do tablicy koniecznością sprawdzenia zawartości wspomnianych taśm, zacząłem rozglądać się za nieposiadanym dawno już sprzętem. Okazało się, że na popularnym portalu aukcyjnym można nabyć owe kultowe już dziś magnetofony za naprawdę niewielkie pieniądze (od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych). I tak odrodziła się zapomniana pasja. Udało mi się ocalić od technicznej śmierci trzy interesujące modele. Przyznam, że poświęciłem im wiele godzin, doświadczając przy tym sporo przyjemności i satysfakcji. Potrzebne do rekonstrukcji elementy pochodziły z kilku innych egzemplarzy, doszczętnie rozebranych. 

TK 140 deluxe

Tak na marginesie - wypraktykowałem, że chcąc zdobyć potrzebną część łatwiej kupić stosowny magnetofon do rozbiórki niż złowić poszukiwany element. Często nawet jest to wielokrotnie tańsze, a przy tym zyskać można wiele innych przydatnych podzespołów. Obecnie moja kolekcja składa się z trzech egzemplarzy: oryginalnego niemieckiego Grundiga TK140 deluxe oraz dwóch rodzimych - ZK140T (tranzystorowego) i ZK145 (lampowego, niegdyś najdroższego i najbardziej technologicznie zaawansowanego z omawianej rodziny).


ZK 145

Celowo nie piszę tu o późniejszych i bardziej doskonałych modelach magnetofonów szpulowych, takich jak M2405S, Aria, Dama Pik, Opus, czy Koncert. Dla mnie właśnie te pierwsze, rodzime zetki do dziś zachowały pewien nieuchwytny klimat. Mimo, iż na co dzień słucham płyt z japońskiego odtwarzacza, to jednak od czasu do czasu wracam do wspomnianych zetek, którym przywróciłem dawny blask i brzmienie. Nagrałem na zdobytych taśmach nieco muzyki z tamtych lat. Szczególną sympatią darzę posiadany ZK145, skonstruowany z wykorzystaniem pięciu lamp, które dają mu swoisty klimat i brzmienie. Cała kolekcja posiadanych magnetofonów jest stylowym uzupełnieniem i ozdobą mego muzycznego azylu. 

TK 140 deluxe - widok z góry 
(widoczny w górnej części wyłącznik końca taśmy zainstalowałem dodatkowo)

Nie wspominam o do dziś doskonale działającym polskim gramofonie Daniel WG 1100fs, który po konserwacji, drobnych przeróbkach i wyposażeniu w przyzwoitą wkładkę, współpracując z dobrym wzmacniaczem służy mi do odtwarzania sporej kolekcji winyli. To jednak temat na oddzielne wspomnienia.
Nie wiem, czy posiadana kolekcja Audio-Vintage z legendarnych lat siedemdziesiątych dokładnie spełnia wymagania gatunku. Jeśli chodzi o aspekt wizualny - być może, ma z pewnością swój klimat. Moje szpulowce nie prezentują wprawdzie klasy Hi-Fi, jednak w tym przypadku nie ma to większego znaczenia. Mają wartość sentymentalną, zaś korzystanie z nich daje mi sporo radości i przywraca wspomnienia. I chyba głównie o to chodzi





słuchacz