piątek, 7 grudnia 2018

HellHaven - Anywhere Out Of The World






Wystartowali dekadę temu. Niby banalnie – pięciu młodych chłopaków z myślenickiego liceum, których pasją była muzyka. Nie chodziło jednak o wspólne słuchanie płyt, mieli ambicje tworzenia własnych utworów. Minęło trochę czasu, ich muzyczne fascynacje zmieniały się, skład i nazwa grupy również ewoluowała. Pozostała pasja, chęć rozwoju i poszukiwania nowych środków wyrazu. Idąc tym tropem należałoby przypuszczać, że HellHaven to kolejna kapela nawiązująca do nurtu rocka progresywnego, jednak w ich przypadku nie jest to tak oczywiste. Przez lata pozostali wierni własnej, niebanalnej wizji muzyki, do której przekonują coraz większe grono sympatyków. Co ciekawe, sami przyznają, że może nieco myląca nazwa grupy nie odzwierciedla ich aktualnych zainteresowań. Mimo to z uporem rozwijają się i robią swoje wierząc, że marka HellHaven dla wielu już coś znaczy. Ten upór i swoisty progres opłacił się, bowiem ich twórczość zdołała wybić się ponad przeciętność. Wydali minialbum zatytułowany Art Of Art’s Sake (2010) i pełnowymiarowy studyjny krążek Beyond the Frontier (2012). Mają też w dorobku koncertowe DVD Beyond the Frontier Live. Zostali zauważeni przez opiniotwórcze kręgi, choć sami zdają sobie sprawę, że jeszcze długa droga przed nimi. Z pierwotnego składu HellHaven wywodzącego się z Myślenic pozostał jedynie Kuba Węgrzyn (jeden z ojców założycieli, g, p, synth, backing voc.) oraz basista Marcin Jaśkowiec. Wokalista Sebastian Najder wspólnie z Pawłem Czartoryskim (dr) stanowi desant krakowski, zaś całość składu uzupełnia Hubert Kalinowski (g, synth.) z Częstochowy. Ta piątka doskonale się rozumie i uzupełnia. Na płycie momentami wspomaga ich gościnnie Erwin Żebro (tr, na co dzień Piersi) oraz Edyta Szkołut (voc, Nonamen).

Anywhere Out Of The World (2017) to ich trzeci album, a jednocześnie pierwszy, który trafił do moich zbiorów. Nie znam wcześniejszych, ale ten krążek zrobił na mnie spore wrażenie. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że to jedna z najlepszych płyt, jakich zdarzyło mi słuchać się w ostatnim czasie. Zaznaczam, że to ocena niczym nie nieskrępowana i wyłącznie subiektywna, jak zresztą wszystkie, które pojawiają się na mym blogu. Krążek otwierają syreny – znak, że zmysły powinny być w pogotowiu, bo dziać się będzie wiele. Alfred Hitchcock niegdyś stwierdził, że film powinien rozpoczynać się od trzęsienia ziemi, a dalej napięcie powinno nieprzerwanie rosnąć. Mam wrażenie, że ta recepta przyświecała muzykom HellHaven. Tu nie ma miejsca na nudę i jałowe dywagacje. Całość została przemyślana i dopracowana w najdrobniejszych szczegółach, zarówno w warstwie tekstowej, jak i muzycznej. Literacko album pozostawia spore pole dla literaturoznawców lubiących intertekstualne zagadki, bowiem inspiracji można doszukiwać się w twórczości wielu mistrzów słowa. Wszystko w jakimś stopniu definiuje tytuł krążka, mogący oznaczać brak zgody na ten, czy raczej taki świat oraz pragnienie ucieczki gdziekolwiek, byle dalej… Nie bez powodu muzycy jako motto przywołali fragment wiersza Charlesa Baudelaire po tym samym tytułem. Ów prekursor symbolizmu, z kręgu tzw. „poetów przeklętych”, bawiąc się słowami poszukuje idealnego miejsca na ziemi. Wiedząc, że człowiek zmęczony codziennymi rozterkami najczęściej czuje się dobrze tam, gdzie właśnie go nie ma, dochodzi do wniosku, że ziemia to odpowiednik śmierci a owo idealne miejsce jest… gdziekolwiek, byle poza tym światem. Innymi słowami – nawiązując do nazwy zespołu – życie to podróż przez współczesne piekło w poszukiwaniu bezpiecznej przystani. I jeszcze jeden cytat umieszczony na okładce, tym razem z Einsteina – mówiący o tym, że najpiękniejszym doświadczeniem w życiu człowieka są emocje, jakich doznaje wobec prawdziwej nauki i sztuki. Jak widać poprzeczkę zawiesili bardzo wysoko.


Dość jednak o słowach, choć niewątpliwie są one rozwinięciem literackich poszukiwań twórców krążka. Skupmy się na muzyce. Dzieje się w niej naprawdę dużo, nie ma miejsca na nudę i dźwiękowe mielizny. Całość jest pasjonującą wyprawą przez style i gatunki. Już kiedyś wcześniej pisałem, że podobnie jak pogranicze gdzie przenikają się różne wpływy jest najciekawszym miejscem dla badacza kultury, tak zabawa stylami i inspiracjami z różnych źródeł może przynieść nieoczekiwany, wartościowy efekt. Tak stało się w tym przypadku. Anywhere Out Of The World to album ponadgatunkowy, który mimo swej różnorodności nie odrzuca chaotycznym nagromadzeniem wątków. Wręcz przeciwnie, skłania do częstych powrotów – nie tylko do całości, lecz także do wybranych fragmentów.

Materiał powstawał długo. Jest dojrzały, widać w nim pełne zaangażowanie i dobre przygotowanie muzyków. Nienaganna technika nie jest tu celem samym w sobie, a jedynie środkiem do przedstawienia własnej wizji. Słychać, że grupa jest scementowana i wie dokąd podąża. W muzyce czuje się pasję i radość tworzenia. Są tu wpływy art i prog rocka, heavy metalu oraz nieoczywistej muzyki etnicznej, wywodzącej się z różnych kręgów kulturowych. Mimo tej różnorodności całość brzmi nadzwyczaj spójnie, świeżo i przekonywająco. Twórcy nie idą na łatwiznę, a odkrywanie podczas słuchania kolejnych warstw i źródeł inspiracji daje prawdziwą przyjemność. Tu słowa szczególnego uznania dla Sebastiana Najdera, wokalisty oraz tekściarza zespołu. Potrafi wzbić się ponad przeciętność, jest otwarty na eksperymenty (śpiew dwugłosowy bądź chóralny), ma też bogatą wyobraźnię i niezłe możliwości wokalne. To on wspólnie z Jakubem Węgrzynem oraz Hubertem Kalinowskim jest współkompozytorem większości materiału. Do zespołu trafił kilka lat temu, udziela się też w innych formacjach.



Muzycy podkreślają, że są odporni na krytykę i mają do niej dystans. To dobrze, bo album Anywhere Out Of The World w opiniotwórczych mediach zebrał sporo pochlebnych recenzji. Niewątpliwie zasłużenie choć HellHaven podkreśla, że nie tworzy dla krytyków i lubi zaskakiwać słuchaczy. Stąd też ich muzyka obfituje w emocje, zmiany tempa i melodii. Słychać to już w otwierającym płytę, tytułowym utworze. Kolejne zwrotki przedziela wyrazisty refren. Całość stopniowo nabiera mocy, dążąc do kulminacji i późniejszego rozładowania. Uwagę zwraca pojawiająca się łacińska sentencja „Amor vincit omnia”, przynosząca nadzieję, że miłość zwycięża wszystko. Drugi utwór Ever Dream This Man? rozpoczyna się delikatnym, niemal epickim fragmentem. Napięcie narasta powoli, podskórnie czujemy nadciągający mrok, epicka opowieść gęstnieje, pojawia się zaskakująca choć świetnie osadzona trąbka i ciekawe solo gitarowe. Kolejny utwór First Step Is The Hardest bardziej patetyczny, z gilmourowską gitarą z wolna nabiera mocy demonstrując drzemiącą w nim siłę i emocje (znów brawo dla wokalisty). Chwilę oddechu przynosi delikatny instrumentalny, wręcz ambientowy fragment zatytułowany 21 grams. O ile pamiętam, to niegdyś dowodzono, że tyle właśnie waży dusza ludzka… Przypadek? Utwór jest wstępem do kompozycji Res Sacra Miser part 2, pełnej zaskakujących zwrotów. To kolejny popis budowania nastroju, gdzie gitara już nie jest tak bardzo gilmourowska, choć chciałoby się, żeby jej melodia trwała wiecznie. I jeszcze do tego głos Edyty Szkołut z grupy Nonamen, wspierający wokalnie Sebastiana Najdera. Szósta kompozycja They Rule This World zaskakuje żydowskimi inspiracjami, już nie tak bardzo oczywistymi w drugiej części utworu, gdzie przeradzają się w dalekowschodnie zaśpiewy. Ten zabieg uzasadnia tekst utworu, traktujący o religijnym fundamentalizmie, który sam w sobie z religią niewiele ma wspólnego.



Cały album jest pełen niespodzianek, nie chcę zdradzać wszystkich. Z pewnością pozytywnie zaskakują scratche Wojciecha Zakrzewskiego w finale On Earth as It Is in Heaven. Całość kończą dwa połączone utwory The Dawn & Possibility of an Island. Znalazło się tu wszystko, co w muzyce HellHaven przyciąga najbardziej. Jest umiejętnie budowany patos, mocne brzmienie, dobra gitara, ciekawy wokal i zupełnie nieoczywiste odniesienia do dalekich etnicznie kultur. Szczerze mówiąc, gdyby nie język angielski niezbyt przypominający native speakera, to nie przypuszczałbym, że to dzieło polskiej formacji. A jednak Polak potrafi. Całości dopełnia ciekawa szata graficzna autorstwa Moniki Piotrowskiej. Zdecydowanie warto zadać sobie trud by zdobyć ten krążek, gdyż niebawem może okazać się godnym pożądania białym krukiem.



słuchacz







niedziela, 11 listopada 2018

Dwa debiuty polskiej sceny alternatywnej







Dziś słów kilka o dwóch krajowych płytach reprezentujących nieco cięższą odmianę alternatywnego rocka. Na początek Kwadra i ich debiut - album z marca bieżącego roku, zatytułowany Nów. Przyznam, że mam z nim pewien problem. Jeździł ze mną od tygodnia, słuchałem go często i choć z każdym odtworzeniem zyskiwał, to jednak chcąc wyrazić swą opinię czuję się na rozdrożu. Tu muszę zaznaczyć, że mocniejsze dźwięki nie są mi obce - wszak pojawiły się na drodze mego muzycznego rozwoju już wiele lat temu i choć obecnie częściej słucham innych gatunków, to dla tzw. higieny psychicznej lubię od czasu do czasu sięgnąć po ostro brzmiącą nutę. Mimo to, z płytą debiutantów z Kędzierzyna mam problem. Zespół działa od pięciu lat i jak twierdzą sami zainteresowani odnalazł własne miejsce, a wspólne muzykowanie sprawia im sporą frajdę. Trudno jednak nazwać ich klasykami gatunku. To nie zarzut. Dobrze, że próbują mówić własnym językiem. Muzycznie się to sprawdza, mnie w każdym razie przekonuje. Gorzej jednak z tekstami. Paradoksalnie na plus zapisałem zespołowi fakt, że śpiewają po polsku. W zalewie takiej sobie nadwiślańskiej angielszczyzny stanowi to z pewnością jakiś wyróżnik i wskazuje, że muzycy mają coś do przekazania, oraz że chcieliby być dobrze zrozumiani. Szkoda jednak, że forma pozostawia pewien niedosyt. Szkoda też, że grupa nie ujawniła autora tekstów, bowiem z dołączonej książeczki trudno go ustalić. Zakładam więc, że pisali je po trochu wszyscy członkowie zespołu. To usprawiedliwiałoby pewien chaos jaki się w nie wkradł i brak ostatecznej korekty. Oczywiście wiem, że nikt tu nie silił się na literaturę wysokiego lotu, a nieco ambitniejsza tematyka miała z założenia wykraczać poza damsko-męskie banały. Wyszło jednak tak sobie. Jakkolwiek pewne wpadki i uproszczenia na scenie przykrywa muzyka i pewnie na żywo nie rażą, to jednak wydrukowane (w dodatku z literówkami) są dowodem ewidentnego pójścia na skróty.


Same tytuły kolejnych utworów sugerują poważną tematykę. Muzycy nie chcą akceptować polskiej teraźniejszości i poziomu rodzimej polityki oraz manipulacji i narastających podziałów. To dobrze, jednak taka postawa niesie z sobą odpowiedzialność i stanowi pułapkę do popadania w tanie banały. Od zwykłego mentorstwa nie ustrzegli się też inni wielcy polscy twórcy, dziś już zaliczani do klasyki, więc nie chcę czynić zespołowi z tego zarzutu, tym bardziej, że język polski nie jest łatwy w metalowej stylistyce. Mimo wszystko, jeśli nadal chcą pójść tą drogą, to... przed nimi jeszcze sporo pracy. Jak przypuszczam przekaz słowny ma dla nich duże znaczenie. Świadczy o tym choćby sam styl wokalistyki. Śpiew jest czytelny, bez manierystycznych trików i patentów, mocno wysunięty na pierwszy plan. Choć pomysł ten odstaje od prawideł gatunku, to jednak z czasem potrafi do siebie przekonać. Kolejny plus to dwóch wokalistów. Obaj nieźle się uzupełniają. Nie jest to może specjalnie odkrywcze, ale broni się.


Muzycznie jest również nieźle, choć Kwadra nie próbuje wymyślać prochu. Nisko nastrojone i przesterowane gitary mile drażnią uszy, przypominając początek lat siedemdziesiątych. Muzyka stylistycznie mieści się na pograniczu hard rocka i heavy metalu. Debiut dowodzi, że grupa ma spory potencjał. Są tu ciekawie brzmiące riffy, niezłe harmonie, mocna i dobra sekcja rytmiczna oraz chyba nie do końca rozwinięte pomysły melodyczne. Muzycy potrafią zagrać ciężko, potrafią też przyspieszyć. Jest różnorodnie i nie nudno, choć próżno tu szukać jakiejś łzawej ballady. Całość kończy zgrabna klamra - akustyczna wersja dynamicznego utworu Exodus, który w mocniejszej wersji otwiera album. Nie uważam się wprawdzie za speca od takich klimatów, jednak w mojej ocenie płyta jest niezła, a jej ciężar gatunkowy rośnie z każdym utworem. Mimo trzech kwadransów nie ma tu muzycznych zapychaczy. Słucham jej z życzliwym zainteresowaniem, podkreślając jednocześnie odwagę zespołu do pójścia własną drogą, wykraczającą poza sztywne ramy gatunku.


Drugi krążek to również grupa spod znaku alternatywnego rocka, jednak w swym bezkompromisowym przekazie stojąca na drugim krańcu tej palety stylistycznej. Album nosi tytuł Self_X, a muzycy przyjęli nazwę JitterFlow. To termin zaczerpnięty z branży elektronicznej, najogólniej oznaczający przypadkowe i krótkotrwałe zakłócenia przepływu sygnału. Chyba pasuje do ich twórczości. Wydawałoby się, że muzyka stworzona jedynie przez trzy instrumenty (gitara, bas i perkusja) będzie stosunkowo prosta. Nic z tych rzeczy. Dzieje się tu mnóstwo, choć przyznam, że efekt końcowy zadowoli głównie zdeklarowanych ekstremalistów. Warto jednak poświęcić tej zaledwie dwudziestominutowej płycie nieco więcej uwagi. Mój patent na tę muzykę - późny wieczór, spokojna głowa i dobre słuchawki. I co ciekawe - można tego słuchać nie odkręcając wzmacniacza na pełen gwizdek. Mało tego, to czasem pomaga, bo słychać znacznie więcej. W pierwszej chwili pomyślałem, że to jednak nie moja bajka. Jako że jednak staram się być otwarty na różnorakie zjawiska muzyczne oraz mając w pamięci wielu przedstawicieli pokolenia moich rodziców zżymających się na „wrzeszczącego Niemena” postanowiłem nie odpuszczać. Po kilku przesłuchaniach stwierdzam, że jest w niej coś hipnotyzującego i wciągającego. Mało tego, po wybrzmieniu ósmej kompozycji (kończącej ów mini album) poczułem niedosyt i ponownie wcisnąłem play w odtwarzaczu. Ale do rzeczy.
Po pierwsze - kompozycje są krótkie (niewiele ponad dwie minuty), zwarte i maksymalnie przesiąknięte emocjami. Nie jest to jednak bezmyślny łomot. Brzmieniowo dzieje się tu naprawdę dużo. Jestem przekonany, że za każdym utworem stoi przemyślany aranż. Muzycy twierdzą, że inspirują się również strukturami jazzowymi. Być może, ja tego nie dostrzegłem, bądź jedynie śladowo. Niewątpliwie jest tu dużo skomplikowanych figur rytmicznych i zaskakujących zwrotów. Celuje w tym zwłaszcza trzeci utwór, zatytułowany Self_Xorcism. Jest to najdłuższa kompozycja, trwająca ponad cztery minuty, która wydaje się najmniej oczywista z całości i chyba jest pewnym manifestem zespołu. To podróż przez otwarty strumień świadomości, z zupełnie nieoczywistym zakończeniem.


Przyznam, że zanim zdecydowałem się napisać kilka słów od siebie poszukałem recenzji tego krążka. Niewiele jest merytorycznych, choć bywają wyjątki. Owszem, można nazwać tę muzykę ekstremalną i pełną chaosu, z dzikim wokalem, ale to duże uproszczenie. Podziwiać należy bezkompromisowość twórców, którzy nie oglądając się na walor komercyjny zrealizowali po prostu to, co im w duszy gra. Przeprawa przez krążek nie jest łatwa, ale daje satysfakcję uczestnictwa w czymś niezwykłym, a jednocześnie bardzo prawdziwym.
Grupa JitterFlow istnieje już jedenaście lat, przeszła kilka zawirowań personalnych (ostatnio zmiana na stołku perkusisty), a jednak nadal uparcie realizuje własną wizję artystyczną. Scementowała ich jak sądzę nie tylko muzyka, ale i w sensie dosłownym budowa własnego studia. Zdecydowali się na ów trud, by mieć nie tylko nieograniczoną swobodę artystyczną, ale także dlatego, że postanowili ten warsztat pracy wyposażyć głównie pod wymagania własnego instrumentarium. Dominuje w nim sprawdzony sprzęt, w dużej części analogowy, pochodzący z czasów, gdy jeszcze w studiach panowała atmosfera wspólnej pracy twórczej. Dziś wiele rzeczy można zrobić zdalnie, na odległość, używając cyfrowej aparatury i nie widząc się podczas nagrań. Traci na tym atmosfera, duch wzajemnej inspiracji i sama muzyka. Członkowie zespołu realizowali swój album przez lata samodzielnie, ucząc się na własnych błędach. Jedynie ostateczny mastering powierzyli zaufanemu specjaliście, z którym wcześniej się zaprzyjaźnili i który poznał specyfikę ich muzyki. Dało to bardzo dobry efekt końcowy. Mimo, że muzyka jest głośna i bezkompromisowa, a wokal przypomina mówiąc kolokwialnie „darcie ryja” (co również jest sztuką), to jednak wszystko brzmi selektywnie i nie jest bezładną magmą poplątanych i niepasujących do siebie pomysłów. Może właśnie dzięki bardzo dobrej produkcji ów album do mnie przemówił i ostatecznie przekonał. Myślę, że nie jest tu istotne drobiazgowe poszukiwanie inspiracji, odniesień, pierwowzorów itd. Liczy się efekt końcowy, a ten chwyta za gardło. Dosłownie.

słuchacz






niedziela, 4 listopada 2018

Fragmenty Labiryntu. O dwóch niezależnych projektach








Konkurencja na polskim rynku muzycznym jest spora, tak więc chcąc zaistnieć trzeba mieć do powiedzenia coś oryginalnego. Czasem paradoksalnie - brak zaplecza armii tekściarzy, muzyków sesyjnych i wielkiej machiny promocyjnej wychodzi zespołom na dobre. Zaczynają mówić własnym głosem, ba - nagrywają płyty, które tchną świeżością, daleką od lansowanych na siłę produktów, skrojonych wg jednakowej sztampy i siłą rzeczy brzmiących bardzo podobnie. Daleki jestem od uogólniania, są bowiem na szczęście stacje radiowe, które łamią monopol majorsów oraz nieduże wytwórnie niezależne, które mają coś interesującego do zaproponowania. Jednak niestety, nie zawsze to co dobre musi i tak wreszcie zaistnieć. Dowodzą tego przykłady wielu interesujących zespołów, które zakończyły działalność po wydaniu zaledwie jednej płyty. Tak więc miłośnicy dobrej muzyki są skazani na poszukiwania nie tylko w sieci, ale również na półkach sklepowych.



Ostatnio na Półeczkę trafiło kilka nowych płyt, przygotowanych przez młodych polskich wykonawców. Dziś dwie wybrane pozycje. Przyznam, że obie były dla mnie zagadką. Na początek grupa ANN. Jej debiutancki krążek noszący tytuł Fragmenty ukazał się w październiku minionego roku. Liderką zespołu jest Anna Spławska, uczestniczka ekipy Libera w III edycji „Bitwy na głosy”. Ta informacja znaleziona w Internecie nie była jednak dla mnie wystarczającą rekomendacją, gdyż nie przepadam za tego typu programami i nie śledziłem telewizyjnych zmagań ich uczestników. Wprawdzie od tego czasu minęło ponad pięć lat, jednak płyta dowodzi, że wokalistka nie znalazła się tam przypadkowo. Obdarzona jest ciekawym głosem, nie brak jej determinacji i jak sądzę – ma określoną wizję własnej kariery muzycznej. Muzyka ANN również mnie zaskoczyła. Jak najbardziej pozytywnie. Dominują wyraziste i przestrzenne gitary, nie brak w niej mocnych rockowych akcentów. Przypuszczam, że gitarzysta ma w swym pokoju wielki portret Davida Evansa, znanego jako The Edge i na dodatek słucha go dość często. Mimo to, nasuwające się momentami muzyczne skojarzenia ze słynnym irlandzkim kwartetem są jedynie pewnym uogólnieniem – zespół ma własny, oryginalny patent na muzykę i jest ona zdecydowanie mocną stroną albumu. Już pierwszy utwór, nb. tytułowy, zapowiada spore emocje. Trwa ponad sześć minut, ale nie nuży, a jego motoryka wręcz elektryzuje. Wybijający się ponad muzykę jasny i czytelny kobiecy wokal jest dodatkowym atutem. Dalej emocje nie opadają. Druga kompozycja Azja to w pewnym sensie kontynuacja wcześniejszego klimatu. Nieważne rozpoczyna się zdecydowanie ostrzej, ale szybko śpiew Anny łagodnieje. Mocniejsze dźwięki powracają w refrenie i w ciekawej improwizacji instrumentalnej, zakończonej krótką wokalizą i powrotem refrenu. Kolejny utwór Tlen jest znacznie spokojniejszy, choć czai się w nim pewien niepokój. Zdecydowanie najciekawiej wypada Zerwanie kontaktu bojowego z życiem, utwór z mocnym rockowym pazurem. Nic dziwnego, że zdobył sporą popularność wcześniej i pojawił się na antenie kilku rozgłośni, grających alternatywnego rocka. Trudno mu odmówić potencjału. Takich momentów na płycie jest więcej.



W zasadzie byłoby bardzo dobrze, gdyby w pewnym momencie całość nie zaczynała niebezpiecznie rozmieniać się na drobne i skręcać w stronę stylistyki popowej. Dwa ostatnie nagrania nie do końca mnie przekonują, przynoszą pewne powtórzenia i chyba nieco odstają od reszty. To jednak jedynie moja subiektywna opinia. Na szczęście słabszych momentów jest niewiele i ogólny odbiór krążka jest jak najbardziej pozytywny. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że album jest jednym z bardziej udanych debiutów, a dalsze losy tej kapeli chciałbym śledzić. Ciekaw jestem jak ów repertuar wypada na koncertach, bowiem jak zespół podkreśla „liczą się dźwięki, ludzie i wzajemna chemia między nimi”. Podobnie jak z przekazu słownego, tak i z muzyki bije autentyczność i szczerość. Oby tego zapału i takiego podejścia do własnej twórczości starczyło muzykom na długo. Nie starają się kopiować, mają własną wizję, popartą emocjami i zaangażowaniem. Nie brak im też umiejętności technicznych. Gitarzysta ma solidne oparcie w bezbłędnej sekcji rytmicznej. Mówią dokładnie to co chcą powiedzieć i nie przejmują się standardem radiowych trzech minut. Płyta brzmi świeżo i słucha się jej z przyjemnością. Jej wydanie zajęło solistce i zespołowi pięć lat. Mam nadzieję, że w przyszłości uda im się lepiej połączyć obowiązki z pasją tworzenia muzyki i następny krążek pojawi się znacznie szybciej. Zapału im nie brakuje, a na koncertach przyciągają coraz większą publiczność.




Inna nowość na półeczce to Labirynt, album formacji Abodus, wydany również przez Pronet Records. To kolejna płyta spod znaku kobiecej wokalistyki rockowej, wydana podobnie jak ANN w październiku minionego roku. Tu jednak porównania kończą się. Muzyka Abodus jest zupełnie nieprzewidywalna, zaskakuje na każdym kroku. To album dla poszukiwaczy wrażeń, otwartych na nowe doświadczenia. To oczywiście nie znaczy, że muzycy chcą przykryć swobodą artystyczną braki warsztatowe. Nic z tych rzeczy. Utwory są przemyślane, choć nie brak im spontaniczności. Drapieżny momentami wokal otaczają dźwięki wywodzące się z wielu światów. Jest tu grunge, psychodelia, punk i hard rock. Zresztą, to chyba nie wszystko. Nad całością czuwał producent płyty, którym okazał się Tymon Tymański, nieszablonowy muzyk i twórca polskiej sceny yassowej. Ten fakt wyjaśnia wiele - tzn. na krążku można spodziewać się wszystkiego. Stąd też nie dziwi gościnna obecność choćby Pawła Małaszyńskiego z zespołu Cochise. Gości jest więcej, lecz nie uprzedzajmy faktów. Kopertę zdobi rozmazana kolorowa postać wokalistki. Okładka w zasadzie nie mówi nic, a jednocześnie przyciąga i fascynuje. I dokładnie taka jest muzyka spod znaku Abodus. Nic nie jest tu jednoznaczne, muzyka mieni się kolorami i z każdym przesłuchaniem przyciąga innym szczegółem.



Również nie było mi dane poznać tej kapeli wcześniej. Tu potwierdza się moja teza z początku dzisiejszego artykułu - nieduże wytwórnie niezależne, dzięki własnej polityce wydawniczej i większemu zaangażowaniu w każdy realizowany projekt mogą osiągnąć znacznie więcej. Dlaczego? Dlatego, że wybierają starannie, często ryzykując własnym, nie tak znów wielkim kapitałem.
Abodus nie jest nowicjuszem. Grupa działa od dziesięciu lat, a w 2011 roku nagrała pierwszy album zatytułowany Szerwony Abodus. Dwa lata później zespół zawiesił działalność i milczał przez kolejne trzy. W 2017 roku muzycy wrócili na scenę i podpisali kontrakt z Pronet Records. Owocem tej umowy jest właśnie Labirynt, płyta trochę poplątana i muzycznie zakręcona. Już początkowy ciężki riff gitary Piotra Podlewskiego zwiastuje, że będzie się działo. I dzieje się naprawdę dużo. Z całym jednak szacunkiem dla wokalistki - są tu naprawdę dobre momenty, ale mam wrażenie, że zabrakło jej pomysłu na całość, bo trafiają też fragmenty wokalnie nijakie, bez emocji. Jeśli taki był zamysł artystyczny - to mnie nie przekonał. Głęboki ukłon natomiast kieruję w stronę gitarzysty Piotra Podlewskiego, podziwiając jego wyobraźnię. Uwagę zwraca kompozycja Jestem, poplątany ciężki blues, z elementami teatralnego horroru, nawiązujący momentami do kompozycji Riders On The Storm nieśmiertelnych The Doors. Ciekawa jest też Izotopia, zaśpiewana z Pawłem Małaszyńskim. Podoba mi się również Chance, choć wolałbym chyba polską wersję językową. Jednym z ważniejszych utworów na płycie jest Kokon, zróżnicowany dynamicznie i pełen emocji, które słychać też w interpretacji wokalistki. To niepokojący obraz zniewolenia i uzależnienia, z na przekór pojawiającymi się w tle słowami o wolności.
Labirynt to naprawdę ciekawa płyta z kręgu alternatywnego rocka. Na krążku trwającym pięćdziesiąt minut jest dziesięć kompozycji. Każda inna, z innej bajki. A jednak wszystkie jakoś łączą się. Naprawdę niezła jazda.


słuchacz