sobota, 7 grudnia 2019

Nigdy więcej wojny – Przemysław Rudź (2019)








W wielu polskich rodzinach pamięć o minionej wojnie jest do dziś najczęściej postrzegana poprzez pryzmat utraty najbliższych, którzy stracili życie na polu bitewnym, bądź wskutek obłąkańczych represji okupantów. II Wojna Światowa objęła swym zasięgiem i skutkami nie tylko siły zbrojne, ale całe społeczeństwo. Niemal w każdej rodzinie opłakiwano jej skutki. Ofiarami były nie tylko członkowie ruchu oporu, ale często także przypadkowi ludzie, aresztowani w ulicznych łapankach i wywożeni przez okupanta do obozów. Te przeżycia do dziś budzą przerażenie i sprzeciw. Wielu Polaków w sposób dosłowny rozumie znaczenie hasła „nigdy więcej wojny”. To hasło umieszczone także na gdańskim Westerplatte nie jest sloganem, lecz wyrazem pamięci i przestrogą.
Taki tytuł nosi również najnowszy album Przemysława Rudzia, uznanego artysty związanego z Gdańskiem, mającego znaczący dorobek i spore osiągnięcia na polu muzyki elektronicznej. Nie przypadkiem płyta podsumowuje osiemdziesiątą rocznicę tamtych krwawych wydarzeń. To kolejny dowód na to, że ich pamięć jest nadal żywa i przekłada się na bardzo osobisty wymiar. 

Projekt dojrzewał powoli. Początkowo miał się nazywać „Elbing 1945”, zaś został zainspirowany książką Tomasza Stężały, zafascynowanego historią Elbląga. Później całość ewoluowała i uzupełniono ją o recytatywy, których autorem jest poeta Wojciech Darda-Ledzion. Kompozytor zafascynowany tą twórczością postanowił wykorzystać niebanalne myśli poety zakorzenionego w świecie wartości i tradycji, a nadto sformułowane w pięknej polszczyźnie. Na płycie pojawiły się w interpretacji Waldemara Kownackiego, aktora Teatru Narodowego w Warszawie. 
To nie jest płyta do słuchania przy kawie, ani jako tło przyjacielskich pogawędek. Każdy utwór został poprzedzony poetyckim recytatywem, który nie tylko wprowadza słuchającego w muzyczny klimat, ale wręcz determinuje odbiór, kierując myśli i wyobraźnię w ściśle określone rejony. Ten zabieg z pewnością ułatwia percepcję, ale też przydaje całości dramatyzmu. Słowa mają tu swoją wagę. Pojawia się patos, ale są też fragmenty bardzo osobiste, wręcz intymne. Utwór Aż do zwycięstwa poprzedza pamiętny komunikat, wyemitowany rano 1 września 1939 roku przez Polskie Radio, a nagrany dwa dni wcześniej na polecenie Sztabu Generalnego Wojska Polskiego przez Józefa Małgorzewskiego – aktora, dziennikarza i reżysera radiowego. Ostatnie zdanie tej wypowiedzi, wielokrotnie powtórzone odpływa w dal niejako wieszcząc, że walka będzie długa i trudna.
Poezja Wojciecha Dardy-Ledziona mówi o wojnie z wielu perspektyw. Pojawiają się w niej odniesienia do polskiej historii, są refleksje o zdradzie, jest też poruszający fragment poświęcony Krzysztofowi Kamilowi Baczyńskiemu, nawiązujący do jego twórczości i opowiadający o śmierci poety ustami matki. Nie brak przejmujących obrazów z Auschwitz, jest próba zadumy nad ofiarą Powstania Warszawskiego, jest też miejsce na gorzką refleksję we fragmencie Po wojnie. Całość podsumowuje fragment Odpryski, brzmiący niczym skarga straconego pokolenia, przez którą mimo wszystko przebija nadzieja na powojenny „dzień spokojny”…

Słowa, jakie tu padają są równie ważne jak umiejętnie dopasowana ilustracyjna muzyka. Przemysław Rudź nie popisuje się techniką ani wirtuozerią. Wygenerowane z syntezatorów brzmienia stają się niemal idealnym komentarzem do warstwy literackiej. Kompozytor ma świadomość wagi tematu i chce o nim opowiedzieć prawdziwie, tak jak czuje, z głębi serca i z głębi swego człowieczeństwa, bez fajerwerków i tanich chwytów. Można tu oczywiście doszukiwać się klimatu lat siedemdziesiątych i wpływów Tangerine Dream z tamtych czasów i jakkolwiek w tym kontekście mogłoby to mieć szczególne znaczenie, to jednak takie porównania w tym przypadku nie mają większego sensu. Muzyka Rudzia jest na wskroś oryginalna i stanowi z warstwą literacką integralną całość. Warto zwrócić uwagę na epicką jedenastominutową opowieść, zatytułowaną Starcie Tytanów. Mamy tu wielorakie brzmienia, dające sporą pożywkę wyobraźni, a w chwili gdy dramatyzm utworu zdaje się osiągać punkt kulminacyjny pojawia się echo dramatu Auschwitz, skontrastowane z dużo delikatniejszym również rozbudowanym fragmentem, noszącym tytuł Duchy Stalingradu. To jeden z moich faworytów, kolejny refleksyjny utwór, w którym usłyszeć możemy elektryczne skrzypce Dominika Chmurskiego, zaś całość nawiązuje do motywu z preludium I koncertu na fortepian i orkiestrę Wojciecha Kilara. Album kończy podniosła Oda do ojczyzny, która pomimo dramatycznego przesłania albumu pozostawia odbiorców z nutą nadziei.

Płyta Nigdy więcej wojny jest znaczącą pozycją w dorobku gdańskiego twórcy. Nie tylko dlatego, że ukazuje się w roku, w którym minęło osiemdziesiąt lat od wybuchu II Wojny Światowej. Również dlatego, że łączy aktorską interpretację poezji z muzyką, przy czym obie płaszczyzny są tu równoprawne. To zderzenie dwóch form przekazu, które się przenikają, uzupełniają i wzajemnie inspirują. Watro podkreślić, że wydawcą albumu jest Audio Anatomy, firma znana z dbałości o jakość i stronę edytorską, co nabiera szczególnej wagi w przypadku oryginalnego projektu graficznego, przygotowanego przez Damiana Bydlińskiego. Premierę wydawnictwa połączoną z odsłuchem wersji winylowej na renomowanym sprzęcie zaplanowano na dzień 17 grudnia, w Gdańsku. Myślę, że w przedświątecznej gonitwie naprawdę warto znaleźć czas na wyprawę w inny wymiar wrażliwości.

słuchacz



PS.

Zdjęcia dzięki uprzejmości wydawcy. 


niedziela, 17 listopada 2019

Chapter Zero – Deyacoda (2013)








To płyta sprzed sześciu lat. Dziś zespół DeyAcodA w takim kształcie już nie istnieje. Muzycy zmienili skład, nieco styl i od niedawna działają jako Mycoda. Ja jednak proponuję powrót do początków formacji, czy też jak kto woli do Rozdziału Zerowego. Chapter Zero to tytuł albumu z 2013 roku, bynajmniej nie pierwszego w dorobku warszawiaków. W 2007 zaistnieli płytą Mechanism, a rok później wydali singiel z utworem My Creed, który promował na polskim rynku znaną grę Assassin’s Creed. Fakt ten pewnie pomógł zespołowi w promocji, jednak ja nie należę do grona namiętnych graczy, stąd też muzyka spod znaku Deyacoda jest dla mnie odkryciem stosunkowo niedawnym – jakkolwiek, co spieszę podkreślić, całkiem atrakcyjnym. Być może nieco się powtarzam (cóż, to wina kolejnych krzyżyków na moim grzbiecie), ale uczciwie przyznam, że w dobie muzyki królującej ostatnio w mediach takie odkrycia są dla mnie niczym łyk ożywczej wody na pustyni. Nie jest to klasyczny hard rock, bliżej mu raczej do metalu, czy nawet nu metalu, ale jest przede wszystkim szczery – i co niezwykle ważne – naprawdę potrafi przykuć uwagę na dłużej. 

Na płytę trafiło jedenaście utworów, które absolutnie nie nużą. Ogólne wrażenia: ciężko, mięsiście a przy tym drapieżnie brzmiące gitary, dobrze zaznaczona, niemal wgniatająca w fotel perkusja i stylowy wokal. Brzmienie całości naprawdę może się podobać. No dobrze, może angielski nie jest tu najsilniejszą stroną, ale to jestem w stanie wybaczyć. Już wówczas, czyli sześć lat temu zespół proponował indywidualną i dość oryginalną muzykę. Mamy tu ciekawe aranżacje, utwory nie zlewają się w jednolitą magmę, są naprawdę różnorodne i rozpoznawalne. Krążek trwa nieco ponad czterdzieści siedem minut, absolutnie nie jest przegadany i właściwie po wybrzmieniu ostatniej nuty ma się ochotę na ponowne przyciśnięcie klawisza Play.


Płyta jest mocna, bezkompromisowa, choć na swój sposób melodyjna. Całość rozpoczyna kompozycja Unbroken, która z miejsca definiuje styl i brzmienie całości. Bywają oczywiście zaskoczenia, jak choćby wstęp do kolejnego utworu The Way, ale one są jedynie niczym przyprawa do dobrze przygotowanego posiłku. Za nagrania składające się na Chapter Zero odpowiadają: Krzysztof Rustecki (v), Robert Jakubiak (g), Przemek Wiśniewski (g), Piotr Śleszyński (b) i Marcin Adamski (dr). Nawet gdyby te nazwiska nic mi nie mówiły, to bezsprzecznie słychać, że są to profesjonaliści, którzy mają ściśle sprecyzowaną wizję i konsekwentnie ją realizują. Słowa uznania należą się również realizatorowi Pawłowi Grabowskiemu oraz liderowi zespołu, odpowiedzialnemu za produkcję całości. Tu nie ma miejsca na eksperymenty. Płyta jest przemyślana od początku do końca. Krzysztof Rustecki, wokalista, frontman i producent płyty potrafi wyczarować naprawdę zróżnicowane barwy głosu (posłuchajcie choćby Outro). Muzyka jest szczera i wykrzyczana z głębi serca – i tu bynajmniej nie mam na myśli jedynie wokalu. 
Tu nie ma miejsca na granie na pół gwizdka, czy skrywanie uczuć. Może dlatego wydaje się tak bardzo prawdziwa. Nie chcę szukać porównań do kogokolwiek znanych wykonawców krajowych, czy zagranicznych (choć pewnie ucho coś tam podpowiada). Dla mnie są indywidualnością. Jestem przekonany, co potwierdza choćby data wydania krążka, że mimo upływu lat ta muzyka będzie nadal brzmiała świeżo. Świetnie wypada muzyczny kiler Alive, który grupa prezentowała już wcześniej na koncertach. To niezła jazda bez chwili wytchnienia, która naprawdę potrafi pociągnąć całość. 
Pozorne wytchnienie przynosi odrobinę wolniejszy Gravity, jednak muzycznie dzieje się tu tyle, że uwaga nadal musi pozostać napięta. Nieco inne emocje serwuje Nothing, jeszcze bardziej zróżnicowany, pozornie zahaczający o brzmienie nieco balladowe, jednak refren znów nie pozostawia wątpliwości – to prawdziwy metal, grający na uczuciach i poruszający wnętrze. Na płycie dominuje tempo, ale jest też różnorodność i napięcie, które nie pozwala na nudę. Być może są inne kapele grające podobnie, być może konkurują ze sobą brzmieniem i ostrością przekazu. Mnie jednak wpadła w ręce właśnie TA płyta i mówiąc nieco banalnie – trochę mnie uwiodła. Szkoda, że ostatni utwór, noszący tytuł It’s Over okazał się w pewnym sensie proroczy. Wprawdzie zespół po reorganizacji i zmianie nazwy gra nadal, ale eksploruje już nieco inne rejony. Też ciekawie, jednak mój sentyment do tego krążka i tak pozostanie. 
słuchacz







środa, 13 listopada 2019

Emocje – Łan Tajm







Emocje to dzieło czwórki przyjaciół z Opola, których połączyła muzyka. Znają się od dawna i bywało, że grywali już wcześniej ze sobą w nieco innych układach personalnych. Łan Tajm od około roku komponował i szlifował swój materiał. Opublikowali kilka singli, w sieci pojawiły się wideoklipy. Mówi się, że wspólne granie łączy ludzi. Brzmi to jak truizm, ale naprawdę działa. Po nagraniach z sesyjnymi muzykami i Magdaleną Przychodzką skład ustabilizował się i okrzepł, zaś muzyka zyskała indywidualne oblicze. Wreszcie Łan Tajm przemówił własnym głosem. Połączył też siły przyjaznych osób, dzięki którym udało się zrealizować marzenia, utrwalić emocje i zatrzymać je na dłużej. Po okresie prób i poszukiwań nadszedł więc czas na wydanie dużej płyty i próbę dotarcia do szerszego grona odbiorców.

Jak gra Łan Tajm? Z pewnością najbliżej mu do rocka, choć dostrzegalne są także inne inspiracje. Muzyka jest energetyczna i naprawdę wciąga. Bywa mocno, dynamicznie, bywa też refleksyjne. Teksty nie są specjalnie odkrywcze, jednak próbują dotykać różnych aspektów życia, zachęcając do wyboru właściwej drogi, podejmowania własnych decyzji i brania za nie odpowiedzialności. Jest też oczywiście o miłości. To temat stary jak świat i choć trudno tu wymyśleć coś szczególnie oryginalnego, to teksty są szczere i z serca. Chyba właśnie dlatego mają szansę trafić zwłaszcza do młodszego pokolenia, szukającego swej drogi i miejsca w życiu. Na album trafiły utwory zarówno z mocnym rockowym pazurem, jak i stonowane, wręcz balladowe – zgodnie z tytułową deklaracją, wszak emocje bywają różne. Za nagrania odpowiadają Błażej Błaszko Kurnikowski (voc, g), Tomasz Żelasko (g), Andrzej Wolak (b) i Andrzej Krukowski (dr).


To niewątpliwie płyta, która ma potencjał. Nie jest dziełem nowicjuszy, lecz zawodowców, którzy terminowali u najlepszych. Zawartość jest przemyślana i rzeczywiście – zgodnie z tytułem – budzi emocje. Mamy tu fajne i mocno brzmiące gitary, czerpiące z najlepszych wzorców klasycznego rocka, sięgające jednocześnie do pełnego żywiołowej energii punku i nie stroniące od pozornie nieuporządkowanego grunge’u. Jest melodyjnie, a przy tym niebanalnie, bo zaprezentowane różnorodne i nietuzinkowe brzmienia naprawdę mogą się podobać. Na płytę trafiło dwanaście nowych kompozycji zespołu, a formie bonusu fani otrzymali jeszcze dodatkowe cztery nieco starsze piosenki. Zastrzeżenia może budzić strona realizacyjna. Szkoda, że w wielu utworach ciągnąca całość perkusja została gdzieś na dalszym planie i brzmi jakby została nagrywana przez zamknięte drzwi. Mam również wrażenie, że świetny skądinąd wokal Błażeja Błaszko Kurnikowskiego, z prawdziwym rockowym zadziorem i zaangażowaniem miast stopić się z całością został chyba nazbyt wyeksponowany, co sprawia wrażenie, że całość rozgrywa się na oddzielnych planach, a ciekawe i naprawdę przemyślane aranże gitarowe zostały gdzieś z tyłu. Być może to jedynie moje subiektywne odczucie, jednak słuchałem jednak płyty wielokrotnie, na różnych poziomach głośności, a wrażenie pozostało takie samo. Cóż jeszcze – szkoda, że tnąc koszty zrezygnowano z bogatszej książeczki, która mogłaby zawierać choćby teksty utworów. Marketing ma swoje prawa i dziś tak dość skąpa oprawa graficzna, która nie przynosi zbyt wielu informacji o zespole z pewnością nie pomoże w dystrybucji.

Te drobne zastrzeżenia, dotyczące głównie samej realizacji albumu nie burzą jednak ogólnego wrażenia. Emocje to wprawdzie debiut Łan Tajm, jednak już od pierwszych taktów wiadomo, że otrzymujemy dziełko profesjonalistów. Doświadczenie procentuje. Muzyka jest różnorodna, a co raz jeszcze podkreślę – naprawdę ciekawe brzmienia gitar sprawiają, że album mimo sporej objętości nie nuży. Muzyka Łan Tajm uciekając od współczesnego banalnego popu przywołuje lata dziewięćdziesiąte i dominację atrakcyjnie brzmiącego rocka. To muzyka, która poprawia nastrój i nie skąpi adrenaliny. Jest jak podróż wehikułem czasu do czasów, gdy na radiowych antenach polski rock cieszył się znacznie większą popularnością. Chętnie posłuchałbym zespołu na koncertach, wszak wówczas emocje, także te tytułowe są najbardziej widoczne. Mam nadzieję, że o zespole jeszcze nie raz usłyszymy.

słuchacz