piątek, 29 grudnia 2017

Tymoteusz




Nie ukrywam, że niemal od zawsze bliskie mi są również nieco cięższe brzmienia. Na Półeczce nie brak krążków Deep Purple, Led Zeppelin, Black Sabbath, stoi też Metallica, stoi nawet pięciopłytowy zestaw Fields Of The Nephilim, jakkolwiek nie słucham ich szczególnie często. Wszystko zależy od nastroju. Bywają jednak dni, gdy z wewnętrznej potrzeby ducha sięgam po takie klimaty i dają mi one sporo satysfakcji. A jeśli już mowa o duchu…

Ale może cofnijmy się o kilkanaście lat. Na przełomie wieków przez pięć lat pracowałem jako dziennikarz w Radiu Plus. Był to okres dość dynamicznego rozwoju tej stacji i poszukiwania przez nią własnego oblicza. Szkoda, że późniejsze zmiany profilu, wymuszone przez rynek i kolejnych właścicieli zepchnęły ją do segmentu niszowego. W tamtych złotych latach miałem okazję być gospodarzem kilku programów autorskich, związanych głównie z muzyką (choć nie tylko). W tym czasie na rodzimej scenie oraz w mediach pojawiła się formacja pod tajemniczą nazwą 2Tm2,3. 


Niektórzy nazywali ją polską supergrupą, gdyż tworzący ją muzycy wywodzili się z kilku znanych polskich zespołów grających mocnego rocka, punk i reagge. Trzon grupy stanowili Dariusz „Maleo” Malejonek (Izrael, Moskwa, Armia, Houk, Maleo Reggae Rockers), Tomasz „Budzy” Budzyński (Siekiera, Armia, Budzy i Trupia Czaszka) oraz Robert „Litza” Friedrich (Acid Drinkers, Turbo, Creation of Death, Kazik na Żywo, Flapjack, Arka Noego). Skład uzupełniali m.in.: Robert „Drężmak” Drężek – gitara, Angelika Korszyńska-Górny – śpiew, Krzysztof „Dr Kmieta” Kmiecik – gitara basowa, a prócz nich Marcin i Mateusz Pospieszalscy, Joszko Broda oraz perkusiści: Piotr „Stopa” Żyżelewicz (zmarły w 2011 roku), Kacper Rynek, Tomasz Krzyżaniak, Tomasz Goehs, Maciej Starosta i Beata Polak (wcześniej Kozak). Wielu z nich miałem okazję poznać osobiście, zachowało się też w moich archiwach kilka przeprowadzonych wywiadów - stąd też wiem, że wszyscy swoją działalność w zespole traktowali i jak sadzę nadal traktują bardzo poważnie. Tu może kilka słów wyjaśnienia.



Nazwa zespołu 2Tm2,3 to nic innego jak odniesienie do konkretnego miejsca w Biblii, czyli do Drugiego Listu św. Pawła do Tymoteusza (rozdział drugi, wers trzeci). Wers ów brzmi następująco: „Weź udział w trudach i przeciwnościach jako dobry żołnierz Chrystusa Jezusa!” Dlaczego akurat taki? Odpowiedź można znaleźć w niewielkiej książeczce Radykalni Marcina Jakimowicza (Księgarnia św. Jacka, 1997). W tamtych latach była poruszającym świadectwem nawrócenia. Zawierała rozmowy autora z Budzym, Maleo, Stopą i Dzikim. Niemal zaraz po wydaniu stała się bestsellerem. Dziś, z perspektywy dwudziestu lat jej lektura może wydawać się nacechowana zbytnią euforią i neofickim zapałem muzyków, trudno jednak odmówić ich wypowiedziom szczerości i autentyzmu. Wyjątkowe było świadectwo Piotra Żyżelewicza, który równolegle przeżywał swój osobisty dramat związany ze śmiercią żony. Dziś on także stoi po tamtej stronie, zasilając największą orkiestrę rockową świata… 


Nie chciałbym jednak skupiać się na kwestiach światopoglądowych, wszak to blog muzyczny, jakkolwiek trudno mówić o twórczości tego zespołu w oderwaniu od spraw duchowych. Rock zawsze był muzyką szczerą. Wszelkie pozy i stylizacje odbierały mu autentyzm i zwykle były surowo oceniane przez fanów. Tu przekaz jest naprawdę autentyczny, wynikający z osobistego zaangażowania, doświadczenia i wewnętrznego przekonania.

2Tm2,3 (lub jak niektórzy mówią Tymoteusz) dość nieoczekiwanie zaistniał w 1997 roku albumem Przyjdź (choć płytę starych wyjadaczy trudno nazwać debiutem). Muzyka była dość zróżnicowana, choć przeważał ostro i agresywnie zagrany metal, wzbogacony o klimaty reggae i folk. Płyta momentalnie podzieliła słuchaczy. Co ciekawe, nikt nie kwestionował strony muzycznej. Problemem okazał się przekaz, a w zasadzie teksty, będące cytatami z Nowego i Starego Testamentu. I to może jeszcze byłoby do strawienia, gdyby nie fakt, że śpiewali je muzycy wcześniej znani z zupełnie innych postaw, raczej dość odległych od Kościoła i spraw duchowych. Mimo, iż płyta okazała się sporym sukcesem artystycznym i komercyjnym, to ortodoksyjna rockowa publiczność odebrała ją jako zdradę.


Muzycy stracili część swoich fanów, zyskali jednak wielu nowych, porwanych nie tylko przesłaniem, ale i punkowo-metalową ekspresją. Album okazał się jedną z najbardziej intrygujących pozycji krajowego rocka. Muzyka czerpała z różnych światów, a mimo to wszystko brzmiało spójnie. Zarówno rozpruwająca głośniki Marana Tha, jak i przesycone klimatem Jamajki W Obliczu Aniołów, niepokojący brzmieniem Kantyk Trzech Młodzieńców i pełen jazgoczącego funky Benedictus. Płyta otrzymała nominację do Fryderyka 1997 w kategorii album roku – hard & heavy, a dzięki pośrednictwu o. Macieja Zięby trafiła również do papieża Jana Pawła II, który po jej wysłuchaniu wyraził swoje uznanie.



Dziś Tymoteusz, choć występuje nieregularnie (wszak jego członkowie działają również w swych macierzystych zespołach) ma za sobą osiem płyt studyjnych, w tym dwie z remiksami, dwa albumy koncertowe i płytę DVD, wydaną przez TVP Kraków z występem grupy w studio telewizyjnym w podkrakowskim Łęgu. Ich muzykę trudno zaszufladkować. Sami artyści bronią się przed określeniem swej twórczości jako rock chrześcijański. Jest to po prostu kawał mocnego grania, oparty wszakże o nieco inne treści, niż najczęściej kojarzone z rockiem. Muzyka jest urozmaicona i bogato zaaranżowana, także od strony wokalnej. Tu w zasadzie na pierwszy plan wysuwa się Budzy i Maleo, choć ważnym elementem jest niespotykany głos Angeliki Korszyńskiej-Górny. Angelika pochodzi z kraju, w którym nie tak dawno wiara była przestępstwem. Choć urodziła się na Zakarpaciu (Ukraina), to korzenie jej przodków wywodzą się z Węgier i Polski. By poznać i docenić bogactwo jej możliwości wokalnych warto posłuchać solowego albumu Anioł Ognisty - Mistyczne Poezje Juliusza Słowackiego (1999).



Z innego świata muzycznego pochodzi Tomek Budzyński, artysta malarz, na co dzień lider i wokalista Armii (polecam jego książkę autobiograficzną Soul Side Story). Szczerze przyznam, że nie pojmuję jakim cudem udaje mu się godzić występy Armii, 2Tm2,3 oraz własne projekty solowe. Dysponuje również wyjątkową, dojrzałą i pełną głębi barwą głosu. Zarówno jego sylwetka jak i sama Armia zasługuje na oddzielny artykuł na blogu, zwłaszcza, że kompletny ich dorobek stoi na Półeczce od lat… Muzykę Tymoteusza ubarwiają dość egzotyczne instrumenty dęte, na których gra Joszko Broda. To kolejny muzyk obdarzony niespotykaną wrażliwością, potrafiący zagrać zarówno na trombicie, drumli, jak i na... liściu. To właśnie o nim w swoim czasie śpiewała Anna Maria Jopek (Kiedy Joszko gra…). 


Mimo takich odniesień nie ulega wątpliwości, że muzyczny rodowód twórców Tymoteusza czerpie z rockowo-punkowej i metalowej ekspresji. Drugi album 2Tm2,3, wydany dwa lata po debiucie zyskał już pełne uznanie członków Akademii i otrzymał nagrodę Fryderyka w kategorii album roku – hard & heavy. Muzyka była rozwinięciem formuły z pierwszej płyty. Warto wyróżnić krążek 888 (2006), będący wyraźnym powrotem do stylistyki z początków kariery, nagrany na tzw. „setkę”, na sprzęcie pochodzącym z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Warto też zwrócić uwagę na płyty Propaganda Dei (2004) i Dementi (2008) oraz Koncert w teatrze (2009), pokazujące muzyków w nieco lżejszej, akustycznej odsłonie. Trzeba przyznać, że w takich wersjach utwory supergrupy są równie atrakcyjne.


Mimo wielu kontrowersji, jakie towarzyszyły zespołowi zwłaszcza na początku istnienia, dziś grupa nadal cieszy się sporą popularnością, a jej płyty (zwłaszcza te starsze) uchodzą za rarytasy i na giełdach osiągają dość wysokie ceny. W 2006 roku muzycy wystąpili na Przystanku Woodstock. Tomasz Budzyński wspomina ten koncert jako jeden z bardziej udanych. Zagrali przed zmrokiem i mogli obserwować reakcję widzów. Publiczność tego festiwalu uważana jest za dość radykalną, jednak przyjęła zespół dobrze i ciepło, nie chcąc puścić muzyków ze sceny. Widocznie jego przesłanie jest potrzebne. Tymoteusz to imię męskie pochodzące z języka greckiego. Łączy dwa słowa: thymos i theos. Oznaczają one „tego, który czci Boga”. Zespół gra już dwadzieścia lat. I niech gra nadal.

słuchacz




sobota, 23 grudnia 2017

Kilka kolęd i myśli spod choinki








W ostatnich dniach przejrzałem Półeczkę w poszukiwaniu pozycji, do których chciałbym sięgnąć w świąteczny czas. Było tego nawet dość sporo, ale na dzisiejsze spotkanie wybrałem jedną, winylową. Od chwili gdy ją kupiłem minęło dokładnie trzydzieści pięć lat. To dużo, a jednak nie zestarzała się aż tak bardzo, choć w zasadzie to chyba zależy od punktu widzenia. Na okładce widnieje podparta i zakryta dłońmi twarz, z której bije zmęczenie i rezygnacja. To reprodukcja grafiki Zdzisława Beksińskiego. I tytuł: Kolęda Nocka. Nie są to tradycyjne kolędy, a raczej obraz nastrojów polskiego społeczeństwa u schyłku lat siedemdziesiątych. Płyta była wyborem piosenek ze spektaklu pod tym samym tytułem, który w grudniu 1980 roku wystawił Teatr Muzyczny w Gdyni. Widowisko oparto na poezji Ernesta Brylla, zaś muzykę do niego napisał Wojciech Trzciński. Spektakl był głośnym wydarzeniem i mimo, że cieszył się ogromnym zainteresowaniem i był to czas odwilży po strajkach sierpniowych, to z uwagi na przesłanie władze dość szybko zdjęły go z afisza. Pełen symbolicznych treści Psalm stojących w kolejce oraz Psalm jadących do pracy, zaśpiewany przez Krystynę Prońko stał się symbolem tamtych czasów... Po wprowadzeniu stanu wojennego pieśni Wojciecha Trzcińskiego i Ernesta Brylla żyły nadal. Dziwnym i niezrozumiałym trafem Kolęda Nocka wiosną 1982 znalazła się w sklepach. Trudno mi było to wówczas zrozumieć. Kupiłem ją czym prędzej, zrobiło to jeszcze ponad 140 tysięcy innych nabywców. Czy był to czyjś błąd? Nie wiem. Podobno część nakładu wycofano ze sklepów i skierowano na przemiał.



Zawsze lubiłem poezję Ernesta Brylla. Nie tylko dlatego, że często jego wiersze stawały się słowami popularnych piosenek. Może dlatego, że dzięki niemu piosenki zyskiwały ciężar gatunkowy. I tak jest do dzisiaj. Bo wprawdzie muzyka to melodia i rytm, ale dobrze jest jeśli niesie jeszcze jakieś przesłanie. I im to przesłanie jest ważniejsze, a muzyka porusza czulsze struny świadomości, tym życie nabiera barw i staje się ciekawsze. Ernest Bryll akcję Kolędy Nocki umieścił w realiach przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Kolędnicy wraz ze św. Józefem i brzemienną Maryją chodzili po szarym blokowisku i mijali stojących w kolejkach zmęczonych ludzi, szukając bezskutecznie mieszkania, gdy z okien migało jedynie błękitne światło ekranów telewizyjnych. Wreszcie utrudzona Matka Boża urodziła swego Syna na klatce schodowej betonowego bloku, a pasterze i królowie, chcący złożyć hołd Dzieciątku przyjechali zatłoczonym autobusem. Scenografia, dziś już chyba dla wielu nie do końca zrozumiała, doskonale oddawała realia wszechobecnej peerelowskiej szarzyzny oraz rozgoryczenie społeczeństwa. Dziś już nie chcemy pamiętać wszechobecnych kolejek, braku mieszkań, pieniędzy, nadziei, perspektyw i wolności. Dziś mamy inne problemy, choć dla wielu realia ekonomiczne niewiele się zmieniły. Ernest Bryll w swej poezji zawarł prawdę tamtych lat i jakimś cudem przemycił w nich nadzieję. 


W 2011 roku przygotowano Kolędę Nockę w nowej odsłonie. W innej scenografii i ze zmienionym scenariuszem nie straciła swej aktualności, a wręcz okazała się prorocza. Pojawiło się dwóch narratorów - starszy, pamiętający dawne pokolenie i widzący współczesność przez pryzmat historii oraz młody, ze współczesnym spojrzeniem na życie i świat, pełen zupełnie innych oczekiwań. Dzięki ich dialogom w młodszym budzi się świadomość. Nic dziwnego - pokolenie wychowane w wolnej Polsce, inaczej rozumie takie pojęcia jak wolność, naród, ojczyzna i solidarność. Świetną metaforą okazały się pojedyncze skrzydła, noszone przez aktorów. Na jednym nie da się polecieć, ale razem...


Może jeszcze jedna propozycja w klimacie świątecznym. W ubiegłym roku na moją Półeczkę trafiło świąteczne wydawnictwo formacji Trzecia Godzina Dnia, zatytułowane Kolędy świata. Nabyłem je z pełną świadomością, bowiem kibicuję temu chórowi (zespołowi) już od wielu lat. Zaistnieli w 1982 roku, choć swą nazwę przyjęli dopiero sześć lat później. Początkowo wywodzili się ze zborów baptystycznych, jednak obecnie uważają się za zespół ekumeniczny. Wydali jedenaście albumów, zarejestrowali kilka koncertów telewizyjnych. Chętnie współpracuje z nimi Mieczysław Szcześniak, Grażyna Łobaszewska, Adam Sztaba, Kuba Badach, Olga Szomańska, Beata Bednarz, Anna Maria Jopek, Natalia Niemen i wielu innych. 

Kolęda Nocka i Kolędy świata łączą się w naturalny sposób, bowiem TGD sięgnęła również po utwór ze śpiewogry Wojciecha Trzcińskiego i Ernesta Brylla. Jako drugi utwór na płycie pojawiła się Kolęda Maryi w wykonaniu Emilii Nazaruk, solistki zespołu. W oryginale pieśń tę wykonywała Teresa Haremza. Współczesne wykonanie jest równie przejmujące. Pierwsza część Kolęd Świata ukazała się w 2015 roku, jednak popularność i oryginalne ujęcie tematu sprawiło, że zespół przygotował jego kontynuację. I tak kilka tygodni temu pojawiły się w sklepach Kolędy świata 2. Obie płyty łączy ten sam pomysł. Jest to muzyczna podróż przez wiele krajów i tradycji. Trudno znaleźć tu jednak bożonarodzeniowe kolędy w tradycyjnym ujęciu. Artyści mieszają style, utwory i konwencje,  nie stroniąc od eksperymentów. Przeplatają tradycję i nowoczesność,  kolędy polskie i zagraniczne. Są tu utwory wywodzące się z tradycji ormiańskiej, ukraińskiej, hiszpańskiej, z czarnego lądu i Ameryki Łacińskiej. Trudno zliczyć i wymienić wszystkie inspiracje. Ciekawym i nieco zaskakującym pomysłem aranżacyjnym jest kolęda Nie było miejsca dla Ciebie, w bardzo ekspresyjnym wykonaniu Natalii Niemen. Wokalistka, w pewnym momencie, śmiało czerpiąc z twórczości swego ojca śpiewa, że „ludzi dobrej woli jest więcej”… Przyznam, że to zestawienie bardzo mnie poruszyło, jednak po chwili refleksji pomyślałem, że ta nuta nadziei ma tu swoje uzasadnienie. Na płytach usłyszeć możemy także interpretacje Kasi Cerekwickiej (Noel), Piotra Cugowskiego (Kołysanka Józefa), Kuby Badacha (Ta święta noc) i Anny Marii Jopek (Radość dziś nastała).


Tak jakoś przypadkiem pomyślałem o solidarności, bez politycznych podtekstów. Kiedyś to słowo znaczyło bardzo wiele. Wg Słownika Języka Polskiego to „poczucie wspólnoty i współodpowiedzialności wynikające ze zgodności poglądów oraz dążeń”, albo inaczej „poczucie wspólnoty i gotowość niesienia innym pomocy wynikające ze zgodności poglądów i dążeń” (Wikisłownik). Dzisiaj znaczy coraz mniej, nawet w tym bardzo małym, osobistym wymiarze. Szczególnej wartości nabiera w okresie świąt, zwłaszcza takich jak Boże Narodzenie, kiedy szukamy bliskości, bo w tym czasie jak wiadomo - nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem (szkoda, że nie wszystkie). No właśnie, jeśli zwierzęta to czemu nie ludzie? Pewnie każdy znalazłby kogoś, czyj głos chętnie by usłyszał… 

Niewielu pozostaje obojętnych na umiejętnie podsycany szał zakupów, systematycznie zanika potrzeba bliskości, a czasem wzajemnej tolerancji. Spotkanie przy pełnym stole, rozmowy o niczym, czasem sianko pod stołem i puste nakrycie, choć w zasadzie nie bardzo wiadomo dla kogo… I jeszcze często powtarzana, dość smutna opinia o nielubieniu świąt. Trudno się temu dziwić, wszak najczęściej dostajemy od innych to, co sami nosimy w sobie. Dość jednak narzekania. Dla mnie zawsze będzie to radosny czas. Może tym razem uda się bez komputerów i komórek.

W tym szczególnym świątecznym czasie ciepłe słowa i wyrazy sympatii kieruję zwłaszcza do tych, którzy odwiedzają mego bloga. Dziękuję za ponad sześćdziesiąt tysięcy odwiedzin w mijającym roku i ponad sto tysięcy od chwili jego powstania. Choć mam nadzieję na dalsze, wspólnie spędzone chwile, to przyznam, że z dzisiejszej perspektywy dalszy los Półeczki jest dość niepewny...

słuchacz



piątek, 15 grudnia 2017

Camel - o śnieżnej gęsi, Dunkierce i męskich obowiązkach



Camel - The Snow Goose (2013)

Nadchodzą święta, synoptycy mówią, że śniegu raczej nie będzie, niech więc chociaż temat będzie śnieżnobiały i jak tradycja świąteczna każe - dotykający przyjaźni i miłości. Sięgnąłem po najlepszą 
(jak twierdzą niektórzy) płytę Camel, opatrzoną tytułem Music inspired by The Snow Goose. Krytycy rozebrali ją już niemal na atomy i wylali na jej temat przysłowiowe morze atramentu. Postanowiłem więc poszperać głębiej i spróbować odszukać opowiadanie, które posłużyło jako inspiracja dla muzyki. W 1940 roku napisał je amerykański literat Paul Gallico i opublikował na łamach The Saturday Evening Post, a rok później wydano je w formie książeczki. Gallico nie był zbyt popularny, choć napisał również sfilmowaną później Tragedię Posejdona. The Snow Goose było najbardziej znanym jego dziełem. Nic dziwnego, że bronił go jak lew i nie chciał zaakceptować pomysłu Andy’ego Latimera, a jego grupę Camel kojarzył jedynie z koncernem tytoniowym. Trudno mu się dziwić, wystarczy spojrzeć na okładkę płyty poprzedzającej wydanie muzyki inspirowanej The Snow Goose.


Camel - Mirage (1974)

Pierwotnie opowiadanie nosiło jeszcze podtytuł A Story of Dunkirk i jak się łatwo domyśleć spoglądając na rok pierwszego wydania, nawiązywało do słynnej ewakuacji Francuzów i Brytyjczyków z plaż Dunkierki podczas II wojny światowej (o tych wydarzeniach opowiada również głośny film Christophera Nolana). Niewielka książeczka zyskała wielką popularność. Do dziś jest wznawiana, a w samej Wielkiej Brytanii sprzedano łącznie ponad milion egzemplarzy, jednak szczerze mówiąc, nie udało mi się odnaleźć jej polskiego wydania.

Kilka wydań książeczki (Wikimedia)

Co skłoniło muzyków Camel do zilustrowania jej treści? Cofnijmy się do roku 1940. W maju wojska francuskie i brytyjskie wycofując się z Belgii wpadły w pułapkę trzech niemieckich korpusów pancernych, które zepchnęły ich w stronę kanału La Manche. Po dwóch tygodniach walk i wyczerpaniu zaopatrzenia jedynym ratunkiem była ewakuacja do Anglii przez Dunkierkę. Odwrót rozpoczął się 27 maja i trwał do 4 czerwca. W tym czasie niemieckie lotnictwo niemal stale bombardowało port. Płonęły zbiorniki z ropą naftową, zadymiając miasto i w połączeniu z mgłą i chmurami tworzyło to na szczęście naturalną osłonę maskującą. Co ciekawe, Niemcy nie wprowadzili do bezpośredniego ataku czołgów, nie chcąc prawdopodobnie stracić ich na piaszczystych i podmokłych plażach. Żołnierze, doświadczywszy niemieckiego blitzkriegu byli sparaliżowani potęgą przeciwnika, a płynące z pomocą okręty transportowe nie mogły zacumować w zniszczonym porcie. W tej sytuacji komandor William Tennant zarządził wykorzystanie do załadunku portowych falochronów i pobliskich plaż. Oczywiście duże jednostki nie mogły podpłynąć do brzegu, więc dowódca zażądał od władz cywilnych maksymalnej ilości małych łodzi, by umożliwić transport żołnierzy na statki. Udało się zebrać blisko osiemset łodzi, motorówek, jachtów, tramwajów wodnych i rybackich kutrów, z których Niemcy ponad dwieście zatopili podczas ewakuacji. Wszystkie te jednostki nazwano później małą flotyllą z Dunkierki. Podejmowała ona żołnierzy z plaż i wody, czekających czasem godzinami na ratunek i obserwujących śmierć swych kolegów pod niemieckimi bombami i ogniem z broni maszynowej. Dzięki wielkiemu poświęceniu cywilnych przewoźników, udało się w ciągu tygodnia zabrać blisko sto tysięcy osób. Łącznie przez kanał ewakuowano trzysta czterdzieści tysięcy wojskowych, a fakt ten do dziś Brytyjczycy nazywają „cudem pod Dunkierką”. 

Operacja Dynamo (Wikimedia)

Teraz wróćmy opowiadania Paula Gallico, którego akcja rozpoczyna się wiosną 1930 roku. Jednym z bohaterów jest Philip Rhayader, pełen ciepła brodaty artysta, dotknięty jednak garbem i niedowładem lewej ręki. Uciekając przed ludzkim szyderstwem zamieszkał w opuszczonej latarni morskiej na bagnach Essex, na wschodnim wybrzeżu Anglii. Ludzie uważali go za dziwaka, a on sam spędzał czas malując okoliczny krajobraz i ptaki, którym przy okazji pomagał przetrwać zimę. Pewnego dnia trafiła do niego Fritha, dwunastoletnia prosta dziewczynka z pobliskiej wioski. Przełamując swój strach, przyniosła śnieżnobiałą gęś ze złamaną nogą i uszkodzonym skrzydłem licząc, że ów dziwny człowiek potrafi jej pomóc. Pod opieką Philipa ptak dość szybko wrócił do zdrowia. Rhayader, będąc we wsi po zaopatrzenie zostawił jej tę dobrą wiadomość. Ośmielona Fritha odwiedziła swoją gęś i wkrótce stała się częstym gościem w latarni. Razem nazwali ptaka La Princesse Perdue, czyli Zaginiona Księżniczka. Według słów Rhayadera była to kanadyjska gęś śnieżna, która prawdopodobnie zboczyła z kursu i została postrzelona przez myśliwych. Wiosną ptak odleciał na północ, a wizyty dziewczynki ustały. Philip znów boleśnie doświadczył znaczenia słowa samotność, którą próbował oszukać malując kolejne obrazy. Ku jego zaskoczeniu jesienią gęś powróciła, a na wieść o tym powróciła też Fritha. Ten rytuał powtarzał się co roku. Zawiązała się między nimi więź, a Zaginiona Księżniczka zaczęła traktować latarnię jak swój dom, do którego cyklicznie powracała. Wiosna 1940 roku była jednak inna. Z ptakami pojawiły się na niebie bombowce z krzyżami na skrzydłach. Fritha z dziewczynki stała się kobietą, a Philip poczuł, że ze swym kalectwem nie powinien narzucać jej swego towarzystwa. Dziewczyna odeszła, lecz dojmujące uczucie straty kazało jej po trzech tygodniach wrócić w pobliże latarni.

Operacja Dynamo (Wikimedia)

Zobaczyła Philipa, który przygotowywał łódź do wyjścia w morze. Zmienił się, poszarzał. Z trudem zaczął tłumaczyć, że sto mil dalej, po drugiej stronie kanału, w płonącej Dunkierce uwięziona brytyjska armia czeka na pomoc. Dowiedział się o tym we wsi, robiąc zapasy. Rząd wzywał do pomocy każdego właściciela jakiejkolwiek łodzi rybackiej lub holownika. Fritha słuchała, lecz niewiele z tego rozumiała. Nie rozumiała wojny. Czuła, że serce w niej umiera, więc chciała popłynąć razem z nim, on jednak tłumaczył, że musi sam, bo to oznacza jedno miejsce dla żołnierza więcej. Bez niej będzie mógł zabrać siedmiu zamiast sześciu. Porównał ich do upolowanych rannych ptaków, nad którymi krążą drapieżniki. Są skuleni na plażach i potrzebują pomocy jak niegdyś La Princesse Perdue. Trzeba przywieźć ich do domu i opatrzyć. To jest jego obowiązek jako mężczyzny, choć kalekiego. Prosił by opiekowała się ptakami w latarni podczas jego nieobecności i obiecał, że wróci. Odpłynął, a w ślad za nim poleciała śnieżna gęś.

Camel - The Snow Goose (1975)

Długo nie wracał. Ludzie we wsi później opowiadali, że krążył wielokrotnie i uratował wielu żołnierzy, którzy zapamiętali dziwnego wybawiciela z gęsią. Niektórzy twierdzili, że był to znak samej opatrzności. Wreszcie któraś z przeprawiających się grup dostrzegła jego łódź samotnie kołyszącą się na falach i białego ptaka na burcie. Gdy podpłynęli, dostrzegli, że Philip trafiony serią nie żyje. Nie widzieli więcej, bo gęś sycząc broniła dostępu. Zbaczając z kursu cudem uniknęli tragedii, omijając pływającą minę. Gdy ją później zdetonowali wzburzone fale pochłonęły samotną łódkę, a ptak odleciał. 
Fritha czekała. Czekała długo, oglądała pozostawione obrazy, aż wreszcie zrozumiała, że Rhayader nie wróci. Wówczas nagle na niebie pojawiła się śnieżna gęś. La Princesse Perdue zniżyła lot, trzykrotnie okrążyła dziewczynę, a ona zrozumiała, że to znak od Philipa, który w ten sposób chciał ją pożegnać... Kilka dni później zabłąkany niemiecki messerschmitt zmiótł z ziemi latarnię, biorąc ją za cel wojskowy. Nie ocalało nic poza jednym obrazkiem, przedstawiającym małą dziewczynkę przyciskającą do piersi rannego ptaka...

The Snow Goose (2013)

Nic dziwnego, że ta licząca zaledwie kilkadziesiąt stron, symboliczna opowieść o niewinności, lojalności i miłości zainspirowała wielu twórców. W 1971 roku brytyjska telewizja realizowała film oparty na jej motywach. Scenariusz napisał sam Gallico, a całość wyreżyserował Patrick Garland. Urzekła także Andy’ego Latimera i jego kolegów z Camel, stając się motywem ich trzeciej płyty, wydanej w 1975 roku. Powstał nawet pomysł, by dołączyć do niej książkę, jednak autor opowiadania zdecydowanie zaprotestował, uparcie kojarząc zespół z koncernem tytoniowym. Próbował nawet zablokować sprzedaż płyty, stąd w tytule pojawiła się klauzula o inspiracji.


Camel - The Snow Goose deluxe (1975)

Cała muzyka powstała w dwa tygodnie. Jest wspólnym dziełem Andy Latimera i Petera Bardensa. Do nagrań zatrudniono nawet orkiestrę symfoniczną, co nadało albumowi nieco klasycznego rytu. Życie dopisało dalszy ciąg. Po kilku latach Peter Bardens zachorował i zmarł na raka, zachorował też Andy Latimer na nowotwór szpiku kostnego. Wydawało się, że to koniec zespołu. Na szczęście, dzięki wsparciu Susan Hoover - swej przyjaciółki oraz wielu fanów z całego świata artysta po operacji wrócił do zdrowia. Zespół odrodził się i ruszył w trasę. Wprawdzie lider zapowiadał, że po latach przerwy ma materiał na pięć nowych płyt, jednak ku zaskoczeniu fanów, w maju 2013 roku nagrał ponownie The Snow Goose. Myślę, że chciał w ten sposób uczcić pamięć zmarłego w roku 2002 Petera Bardensa, zresztą na płycie jest stosowna dedykacja. Jemu też była poświęcona trasa koncertowa, podczas której Camel prezentował album The Snow Goose w całości.

The Snow Goose (2013)

Muzykę nieco przearanżowano i brzmi ona bardziej współcześnie, jednak wielu fanów i krytyków uważa tę decyzję za wątpliwą, wyżej stawiając oryginał sprzed czterdziestu lat. Mnie nowa wersja podoba się, jest bardziej przejrzysta i świeższa, choć równie wysoko cenię starą. Nie ma wielu znaczących zmian w samej muzyce, doszło za to nieco smaczków. Warto uważnie posłuchać Sanctuary z gitarowym popisem Andy'ego. Podobnie zachwyca krótkie Migration, muzycznie ilustrujące przelot ptaków nad bagnami. Zyskał także Rhayader Alone, opowiadający o samotności głównego bohatera. Jestem przekonany, że będę wracał do tej płyty równie często jak do pierwowzoru. Także projekt graficzny okładki przemawia do mnie znacznie bardziej, bowiem trafniej ilustruje nastrój albumu i opowieści. No i nie ukrywam, właśnie dzięki tej reedycji postanowiłem poszukać książeczki Paula Gallico. Było warto. Niemniej jednak – trzymam Latimera za słowo i dalej czekam na zapowiadane pięć płyt…


słuchacz