czwartek, 31 grudnia 2015

Muzyczny remanent 2015




ERGO ARENA




Muzyczne remanenty i podsumowania dokonywane z końcem roku stały się tradycją. W ostatnim czasie w Polsce gościło wiele zagranicznych gwiazd światowego formatu, wydano też sporo płyt więc wybór nie jest łatwy. Ulegając ogólnemu trendowi, postanowiłem zwrócić uwagę na kilka pozycji płytowych i wydarzeń muzycznych, które w mijającym roku zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Z klucza odrzuciłem wszelkie oficjalne zestawienia i rankingi. Z góry zastrzegam – będzie to wybór bardzo subiektywny i z przyjętego założenia ograniczony do płyt, które w tym roku postawiłem na półeczce, bądź wydarzeń muzycznych, w których wziąłem udział. Wszak to też pewien wyróżnik. Oczywiście, wszystko z cezurą 2015.



Koncert DMB 

Zacznijmy od wydarzeń. Niewątpliwie największym dla mnie był gdański koncert amerykańskiej supergrupy Dave Matthews Band. Zespół bardzo popularny w USA (sprzedał ponad 40 mln płyt), w Europie jest stosunkowo mało znany. Zapewne wynika to z tego, iż muzycy niezbyt chętnie wyruszają w dłuższe trasy poza kontynent amerykański. Ostatni raz w Europie zagrali przed pięciu laty, zaś ich listopadowy koncert w Ergo Arenie, położonej na granicy Gdańska i Sopotu był pierwszym w Polsce, niecierpliwie wyczekiwanym. Grupa istnieje od początku lat dziewięćdziesiątych. W rodzinnych Stanach bez problemu zapełnia stadiony. Dla przykładu w 2013 roku muzycy dali 55 koncertów, zaś promując swój album Big Whiskey and the GrooGrux King z 2009 także w ciągu roku wystąpili 68 razy. Muzyka grupy Dave Matthews Band składa się z wielu odcieni. Nie brak w niej elementów rocka, popu, jazzu, folku i funky. Wszystkie stapiają się w niezwykłą całość, która potrafi słuchacza zahipnotyzować.




Koncert DMB 

W naszym kraju zespół nie jest szczególnie znany, jak jednak okazało się na koncercie ma sporo fanów, ceniących dobrą muzykę, zagraną przy tym z autentyczną radością. Przyznam, że mój pierwszy kontakt z grupą był przypadkowy, jednak muzyka DMB, zwłaszcza w wydaniu koncertowym autentycznie wciąga. Po pierwszym zauroczeniu zacząłem szukać kolejnych koncertów (najlepszy z profesjonalnie zarejestrowanych – a jest ich naprawdę sporo – to wg. mnie Central Park Concert z 2003 roku). Gdański występ, trwający ponad dwie godziny okazał się dla polskich fanów prawdziwym świętem. Doskonałe porozumienie członków zespołu było widoczne w każdym utworze. Prócz lidera z przyjemnością podziwiałem grającego na skrzypcach Boyda Tinsleya i bębniącego, wiecznie uśmiechniętego Cartera Beauforda (chyba nikt nie był w stanie policzyć ile par pałek rzucił na pamiątkę w tłum po koncercie). Z zaskoczeniem zauważyłem, że program w zasadzie ustalany był na bieżąco, w trakcie koncertu. Wirtuozeria muzyków i radość z gry udzieliła się publiczności. Muzycy po zasadniczej części dali namówić się jeszcze na dwa bisy.




Koncert DMB 

Grupa znana jest z bliskich relacji ze swoimi fanami. W przeciwieństwie do większości artystów zezwala na nieprofesjonalne nagrywanie swoich występów i udostępnianie ich w sieci. Prócz obszernej dyskografii, zawierającej nagrania studyjne i koncertowe istnieje seria półoficjalnych bootlegów Live Trax, licząca obecnie 35 pozycji. Niejako na jej obrzeżu pojawiły się też w sieci zaskakująco dobre technicznie nagrania z Gdańska, za które odpowiedzialny był wędrujący team fanów: Kevin Rieck, Noam Yemini i Mike Peters. Dla polskich fanów są wspaniałą pamiątką tego magicznego wieczoru.




Pamiątka z koncertu 


Innym, ważnym dla mnie koncertem w mijającym roku okazał się występ grupy SBB, która zagrała w legendarnym składzie w bydgoskiej Kuźni. Poświęciłem temu wydarzeniu oddzielny wpis, wobec tego poprzestanę jedynie na podkreśleniu wspaniałej atmosfery i doskonałej dyspozycji muzyków, którzy nawiązali do magii, jaka towarzyszyła im na początku działalności. Muszę wspomnieć także koncert niemieckiego RPWL, z programem wczesnego Pink Floyd. To także było dla mnie przeżycie dużego kalibru. Zupełnie odmienny stylistycznie był majowy koncert Antoniny Krzysztoń w Polańczyku. Przyznam, że po wieloletniej przerwie słuchałem artystki z dużym wzruszeniem. Mimo trudności związanych z nie najlepszym nagłośnieniem i kiepskim odsłuchem poradziła sobie doskonale, dowodząc że w dalszym ciągu ma swym słuchaczom wiele do przekazania.

W omawianym okresie moja półeczka wzbogaciła się o ponad dwadzieścia premierowych pozycji, wydanych w 2015 roku. Wyróżnię kilka, zastrzegając z góry, że kolejność jest alfabetyczna:

  • 2 TM 2,3 – Źródło. Należy podkreślić wydanie tej płyty po przeszło siedmiu latach przerwy. Zespół, złożony z czołowych muzyków polskiej sceny alternatywnej, podobnie jak w poprzednich projektach swe utwory komponuje opierając się na tekstach pochodzących niemal wyłącznie z Biblii. W porównaniu z początkowymi nagraniami muzyka formacji przesunęła się nieco z ciężkiego rocka z stronę brzmień akustycznych. W dalszym ciągu jednak inspiruje i mieni się wielorakimi odcieniami, będącymi syntezą muzycznych fascynacji członków zespołu. 
  • GILMOUR DAVID – Rattle That Lock. Na temat tej płyty powiedziano i napisano wiele. Wobec tego krótko. Będę do niej chętnie wracać, choć dla mnie nie jest osiągnięciem epokowym. Mimo to, trudno byłoby narzekać na brak różnorodności czy słabe kompozycje. Oceniam ją znacznie wyżej niż wydany w ubiegłym roku „pożegnalny” album Pink Floyd, czy poprzedni solowy album artysty zatytułowany On An Island – choćby z uwagi na urozmaicenie zawartego materiału. 
  • GOV’T MULE – Sco-Mule featuring John Scofield. Kolejna propozycja jednej z moich ulubionych formacji. Zespół wydał już swe wersje klasycznych kompozycji Pink Floyd i Rolling Stones. Ta płyta zawiera zarejestrowany w 1999 roku efekt współpracy z jazzowym gitarzystą Johnem Scofieldem. Muzycznie jest on usytuowany niejako pośrodku obu muzycznych światów, stwarzając jednak naprawdę ciekawy efekt. Chętnie wracam do tych nagrań.



  • HAYNES WARREN – Ashes & Dust. Solowy album leadera Gov’t Mule. Trzynaście utworów. I pięć dodatków w wersji lux. Premiery i covery, w jakiś sposób ważne dla Warrena. Klimat trudny do jednoznacznego określenia - jakieś pogranicze folku, country i rocka, wszystko jednak pracowicie zaaranżowane daje w efekcie nieco inne spojrzenie na dokonania i muzyczną wrażliwość leadera "Mułów Rządowych". Płyta bardzo urozmaicona. Utwory równie intrygująco wypadają na koncertach (zgodnie z opinią wiarygodnego świadka). Z pewnością będę wracał. 
  • JEAN MICHEL JARRE – Electronica 1 - Time Machine. Ambitny plan francuskiego pioniera elektronicznego rocka. Mnóstwo zaproszonych gości. W założeniu wycieczka poprzez historię muzyki elektronicznej, jednak mimo tylu osobowości stylistycznie dość jednorodna. Mój okres fascynacji Jarrem dawno już minął, jednak ta płyta zastanawia. Chyba potrzebuję więcej czasu. Ponoć trwają prace nad drugą częścią. 
  • SOYKA BERG BIG BAND – Swinging Revisited. Rewelacyjny efekt współpracy Stanisława Soyki w ze szwedzko-duńskim big-bandem. Wycieczka w złotą erę swingu, bez silenia się na nowoczesność. Wszystko brzmi tak jak powinno, czyli świetnie. Klasa sama w sobie, także dla tych, którym ze swingiem na co dzień nie jest po drodze. Płytę już opisywałem wcześniej. Dodam jedynie, że w ostatnich dnach ukazała się jej reedycja bogatsza o kilka utworów. I co mam zrobić? 
  • RPWL – plays Pink Floyd. Dla mnie ważna pozycja, choć dostępna jedynie na koncertach zespołu. Muzycznie – powrót do korzeni, z których wyrosła muzyka RPWL. Na tle ostatnich dokonań zespołu płyta jest ciekawą wycieczką w przeszłość. Też wcześniej o niej wspominałem. Godna uwagi, będę wracał. 


  • RIVERSIDE – Love, Fear And The Time Machine. Forma zespołu nadal zwyżkuje, choć jak się ostatnio okazało - na horyzoncie widać już rosnącą konkurencję. O tym jednak przy innej okazji, wkrótce. Płyta chyba lepsza od poprzedniej, przemyślana, bogata w emocje. Mniej udziwnień, więcej melodii. Maszyna Czasu – pewnie tak, są wycieczki w przeszłość, Miłość – obecna jest od zawsze, a Strach – zespół chyba nie musi się obawiać, choć przyszłość świata jest niepewna… 
  • WILSON STEVEN – Hand. Cannot. Erase. Last but not least. Fascynacja rośnie z ilością przesłuchań. Nie ukrywam mego wielkiego zauroczenia wczesną muzyką Porcupine Tree, później jednak me emocje nieco opadły. Trochę zabrakło świeżości. Może nieco podobne odczucia miał lider tego zespołu, wszak od pewnego czasu grupa ma wakacje. Natomiast kolejna solowa płyta Stevena robi wrażenie. Zainspirowana została, jak tłumaczy jej autor, postacią Joyce Carol Vincent. Była to przeciętna kobieta, zagubiona w tłumie wielkiego miasta. Gdy nagle odeszła, nikt nie zauważył jej zniknięcia, ani znajomi, ani przyjaciele, ani rodzina. Jej ciało odnaleziono po trzech latach, wg legendy leżała na wprost grającego telewizora, otoczona prezentami sprzed lat. Gdzieś tu pobrzmiewają dalekie echa Brave grupy Marillion, zarówno muzycznie jak i tekstowo. Studium samotności w dobie globalnej wioski. Płyta wielobarwna, pełna muzycznych odniesień. Ważna. Bardzo ważna. 

I na koniec jeszcze jedna pozycja z tego roku. Niejako poza konkurencją i ze wszech miar szczególna. Dla mnie bardzo ważna, choć chyba nieco przeoczona przez opiniotwórcze grona. Wydana w listopadzie tego roku, zasługująca na oddzielny, analityczny wpis na blogu, dziś więc jedynie sygnalnie. Surge Propera – Józef Skrzek. Są to wydane na winylu organowe improwizacje do Kazań Świętokrzyskich, spektaklu, który miał swą premierę we wrześniu 2012 roku w kościele na Świętym Krzyżu, dawnym opactwie benedyktynów. Płyta ze spektaklem, nagrana w towarzystwie wielu gwiazd ukazała się dwa lata temu. Obecne wydawnictwo jest więc pewnym suplementem. Lider SBB zarejestrował je na przysłowiową setkę, bez cięć i montażu, grając jednocześnie syntezatorze MiniMoog i na organach Bazyliki Katedralnej w Kielcach. Nawiasem mówiąc, kiedy oglądam promocyjny klip tego wydawnictwa, zrealizowany w trakcie nagrania, to postać lidera SBB jednoznacznie kojarzy mi się z pewnym lipskim kantorem sprzed wieków... Muzycznie album przypomina wydaną także w tym roku pierwszą część Tryptyku Bydgoskiego Józefa Skrzeka, noszącego tytuł Kościół (też stoi na półeczce, jednak to nie to samo). Box, zawierający opisywany winyl i dwupłytowe wydanie Kazań Świętokrzyskich na CD, choć ma przygotowane godne miejsce, stoi jedynie wirtualnie, w postaci plików mp3. Wydany w niewielkim nakładzie obecnie jest nie do zdobycia. Józek, pomocy...

słuchacz




poniedziałek, 21 grudnia 2015

A miłość największym jest darem – Niemen na Wigilię





Choćbym mówił językami ludzi i aniołów a miłości bym nie miał, byłbym jedynie jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. I chociażbym miał dar proroctwa i znał wszystkie tajemnice, i umiejętność wszelką, i choćbym miał wszystką wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, niczym jestem.  (…) teraz trwają wiara nadzieja i miłość, te trzy. Z nich zaś największa jest miłość.

Z Hymnu o miłości, wg św. Pawła


Czas świąteczny to czas życzliwości. Okazuje się że ta przychodzi najtrudniej, choć w ostatnich dniach nam wszystkim jest szczególnie potrzebna. Tak z życiu prywatnym, jak i publicznym, bowiem na przestrzeni minionych lat niestety niewiele w tej materii się zmienia. W polityce nie brak pomówień, nieprawdziwych interpretacji, naginania rzeczywistości – słowem działań znanych niemal od zawsze. Nie mam tu zamiaru niczego komentować czy interpretować. Pozostawiam to politykom. W tym szczególnym czasie chcę jedynie przypomnieć o tak potrzebnej nam wszystkim wrażliwości. Niedawno minęły trzydzieści cztery lata od wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Od tego czasu wyrosło nowe pokolenie. Wielu tego faktu  już nie pamięta, wielu nie chce pamiętać. Ponoć świat się zmienił i czasy są inne. A jednak…



Kadr z programu A miłość największym jest darem TVP 1981

8 i 9 grudnia 1981 roku Czesław Niemen nagrał świąteczny program dla Telewizji  Polskiej, zatytułowany A miłość największym jest darem. Znalazły się w nim teksty zaczerpnięte z twórczości Norwida, Słowackiego, Lenartowicza i fragmenty Hymnu o miłości św. Pawła. W całym zamieszaniu jakie później się rozpętało zapomniano o pełnym ciepła i humanizmu przesłaniu, jakie te teksty ze sobą niosły. 12 grudnia 1981 rano, krótko przed ostatecznym montażem red. Barbara Pietkiewicz przeprowadziła wywiad z artystą, mający być wprowadzeniem do programu. Niemen powiedział wówczas m.in.:
- Jest to szczególny program, ponieważ bezpośrednio dotyczy spraw i świąt Bożego Narodzenia, i w ogóle muzyki liturgicznej w mojej działalności. (…) jako dziecko już należałem do chóru kościelnego, stąd moje związki z muzyką liturgiczną bardzo są, po prostu, ścisłe. Natomiast ostatnie czasy, bardzo niepewne, nie tylko u nas, ale i na całym świecie –ten pęd za czymś jeszcze lepszym, czy gorszym – nie wiem sam - w każdym razie nastąpiła jakaś dewaluacja myśli humanistycznych na całym świecie. Stąd moje powroty do tych treści najpiękniejszych jakie niosą w sobie dzieła sztuki i kultury sakralnej. (…) Czas najwyższy zniszczyć nienawiść, po prostu, w samych sobie. Przestać naprawdę boczyć się na siebie, niezależnie od poglądów innych ludzi. Ja akurat nie należę do żadnych grup politycznych i nie powiem nic, co będzie schlebiało różnym grupom politycznym w związku z tym, ponieważ uważam – to jest mój osobisty pogląd na te sprawy – że człowiek musi być otwarty na każdą myśl i z każdym człowiekiem się jednać. I to chyba nas odróżnia od zwierząt.

Kilkanaście godzin później w całym kraju wprowadzono stan wojenny. W konsekwencji większość artystów ogłosiła bojkot mediów publicznych, nie chcąc by władza legitymizowała swą politykę korzystając z ich wizerunków. Także Niemen wycofał swą zgodę na emisję nagranego programu. Mimo to, 26 grudnia w Dzienniku Telewizyjnym wyemitowano nagraną rozmowę, przemontowaną i skróconą w taki sposób, że można było odebrać ją jako poparcie dla polityki władz i zachętę do przerwania strajków. Przygotowany program również nadano. W efekcie część publiczności w kraju oraz emigracja jeszcze w późniejszych latach, nie znając kulisów tej manipulacji, bojkotowała występy Niemena, a sam artysta przypłacił to zdrowiem i na jakiś czas wycofał się z działalności. Wspominając nagrany wówczas program, powiedział:
- Na pytanie dlaczego taka muzyka, powiedziałem, że ze wszystkich ideologii, jakimi mnie karmiono przez wiele lat została mi jedna, wczesnochrześcijańska – Nie czyń bliźniemu swemu co tobie niemiłe. To bardzo dobrze zagrało w tym stanie wojennym, kiedy program został odtworzony, na drugi dzień świąt, ale niestety ja nie miałem żadnego wpływu na manipulacje tymi wypowiedziami. Okazało się bowiem, że któryś z pułkowników wyciął sobie fragment mojej wypowiedzi prawdopodobnie na temat pracy wg Norwida z Promethidiona. Ja nie widziałem niestety tego, ponieważ jak większość Polaków bojkotowaliśmy Dziennik i nikt nie oglądał tego. Ale byli tacy, co oglądali. (…) Stąd później te reperkusje i poniosłem niesłuszną karę w postaci różnych mniej lub bardziej udanych bojkotów.


Kadr z programu A miłość największym jest darem TVP 1981

Niemen nigdy nie gonił za sukcesem. Wiele osób, które go znały, bądź miały okazję, choć przelotnie z nim porozmawiać  – potwierdza te słowa. Zawsze był skromnym człowiekiem, nigdy nie stwarzał niepotrzebnego dystansu, choć po filmie Sukces Marka Piwowskiego cechowała go pewna nieufność, zwłaszcza w stosunku do dziennikarzy. Trudno się temu dziwić, choćby przez wzgląd na słynną aferę z Radomska, gdzie w recenzji z koncertu miejscowy dziennikarz (zresztą nieobecny na występie) niesłusznie oskarżył go o nieobyczajne zachowanie. Sprawa odbiła się głośnym echem w całym kraju, bowiem artykuł przedrukowała prasa centralna. Jej finał odbył się w sądzie, który uniewinnił Niemena od postawionych zarzutów (tego jednak prasa ogólnopolska już nie nagłośniła). Obie plotki okazały się na tyle trwałe, że do dziś spotkać można osoby, które w nie uwierzyły.

W całym tym zamieszaniu gdzieś umknęło prawdziwe przesłanie programu A miłość największym jest darem, podkreślające duchowy wymiar Świąt. Nawet w dobie politycznej poprawności ma ono swą wartość. Warto znów po dziecięcemu uwierzyć w św. Mikołaja. Warto w zatroskaniu codziennością dostrzec, że i my możemy stać się lepsi, otwarci na innych ludzi. Warto zrobić wewnętrzne porządki, dotyczące choćby relacji z otoczeniem. Ponownie uwierzyć w szczerość intencji innych ludzi. Naprawdę, jeszcze teraz można doświadczyć wielu przejawów bezinteresownej dobroci. Wszak najczęściej nie jesteśmy obojętni na ludzką krzywdę. Dziś wielu kojarzy Święta jedynie z błogim lenistwem, degustacją potraw (lub jak kto woli obżarstwem) i integracją rodzinną (czasem wymuszoną). Warto jednak pamiętać, że w naturze ludzkiej leży poszukiwanie. Warto zdobyć się na przekraczanie obiegowych opinii i kształtowanie własnej, indywidualnej postawy życiowej, tej za którą świadomie weźmiemy pełną odpowiedzialność. Wielu ludzi, zwykle idąc na kompromis z własnym sumieniem unika myśli, które mogłyby zachwiać ich światopoglądem, burząc pozorny spokój. Może wówczas pojawiłyby się pytania, na które nie ma prostych odpowiedzi? 

Dziś dla wielu świąteczne przygotowania straciły wymiar religijny i duchowy, stając się fiestą konsumpcji. Ostatnio nawet producenci odświeżaczy powietrza proponują zapachy inspirowane ciepłem kominka i gorącą czekoladą, mające przywołać magię świąt. Tylko czy naprawdę jedynie o to w tym wszystkim chodzi? Często ostatnio słyszę stwierdzenia: Kompletnie nie czuję nadchodzących świąt. Może po prostu brakuje nam ich szeroko pojętego, duchowego wymiaru? Może warto powrócić do korzeni?

Program Niemena A miłość największym jest darem dzięki nowoczesnej technologii na szczęście przetrwał. Można obejrzeć go w serwisie YouTube. Jest niedługi, trwa zaledwie kwadrans. Warto poświęcić mu chwilę, zadumać się nad tekstami. Zdecydowanie wyróżnia się na tle bogatych produkcji. Nie sposób też nie dostrzec jego wartości artystycznej. Skromna scenografia podkreśla urok muzyki i przede wszystkim uwypukla głos Niemena. Jego możliwości wokalne wydają się wprost nieograniczone, choć artysta prezentuje je w sposób skromny i wyważony. Największe wrażenie robi wykonanie Hymnu o miłości, wykonywanego a capella. Głos, budowanie napięcia i sposób artykulacji dozuje napięcie i podkreśla uniwersalną wymowę tekstu. Utwór ten, wykonywany także często jako bis na koncertach był popisem niezwykłych umiejętności artysty, a kończąc zwykle program pozostawiał słuchaczy zawieszonych w zupełnie innym wymiarze.

Życzę wszystkim moim Czytelnikom jak najwięcej szczerej i niewymuszonej radości, płynącej nie tylko z odkrywania nowych muzycznych obszarów.

słuchacz



PS.


Przytoczone wypowiedzi pochodzą z płyty Czesław Niemen o sobie, wydanej w 2008 r. w serii Autobiografia na CD (Fonografika) oraz z książek Dariusza Michalskiego Niemen o sobie (Twój Styl, Warszawa 2005) oraz Czesław Niemen. Czy go jeszcze pamiętasz? (Wydawnictwo MG, 2009).







poniedziałek, 14 grudnia 2015

Mój prywatny Audio-Vintage, część druga







Miesiąc temu umieściłem na blogu tekst dotyczący mojej nowej pasji. Z niemałym zdziwieniem zauważyłem, że należy do chętnie czytanych. Nie wykluczone, że sprawiło to określenie Audio-Vintage, które znalazło się w tytule. Trend określany tym mianem w istocie robi ostatnio coraz większą karierę, także w naszym kraju. Być może to kwestia pewnej nostalgii i chęci powrotu do minionych czasów oraz możliwości zrealizowania marzeń z czasów młodości. Wszak teraz niewielkim kosztem można pozwolić sobie na taką ekstrawagancję i w dodatku być trendy. Jak wcześniej wspomniałem – znalazłem w tym nurcie swą niszę, dającą mi sporo radości. 


Nowy nabytek i kolekcja w całej okazałości

Z dumą donoszę, że moja kolekcja magnetofonów szpulowych powiększyła się i stanowi pewien zamknięty (mam nadzieję) i logiczny ciąg. Do tej pory zbiór składał się z tranzystorowego niemieckiego Grundiga TK 140 de luxe i jego licencyjnego polskiego odpowiednika ZK 140T, produkcji warszawskich Zakładów Kasprzaka, należących do zjednoczenia UNITRA.  Prócz tego posiadam lampowy model ZK 145 (także UNITRA). Kilka dni temu do trzech posiadanych dołączył czwarty – Grundig TK 145 de luxe, będący zachodnim pierwowzorem ostatniego z wymienionych. Na aukcjach bywa rzadko i osiąga często absurdalne ceny. Zdobyłem go przypadkiem. Początkowo miał mieć zupełnie inne przeznaczenie. Jednak kiedy zajrzałem do środka... Był w doskonałym stanie. To niewiarygodne, że blisko pięćdziesięcioletni sprzęt może tak wyglądać i wewnątrz nawet nie mieć kurzu. Podejrzewam, że nie był zbyt intensywnie eksploatowany, o czym świadczy choćby małe zużycie kołków prowadzących taśmę. Tak więc kolekcja powiększyła się i stanowi teraz jakiś logiczny ciąg – choć przyznaję, logikę w zbieraniu starych gratów na dość ograniczonej przestrzeni trudno dostrzec.


TK145 de luxe po zdjęciu obudowy - góra i spód.
Jak widać - stan niemal idealny

Ale po kolei. Jak wspomniałem Grundig okazał się doskonale zachowanym egzemplarzem. Po rozebraniu i naoliwieniu osi obu napędów, jak również łożysk silnika oraz poprawieniu przewijania (przesunięcie sprężyn i delikatne zmatowienie boków talerzyków drobnym papierem ściernym) mechanizm działał bez zarzutu. Nie było nawet konieczności wymiany pasków. Nagrywał też nieźle, zarówno na ustawieniu ręcznym jak i na automacie, ale tylko na jednej ścieżce. Druga pozostawiała sporo do życzenia. Niestety, konieczna okazała się wymiana głowicy. Czyszczenie i delikatne polerowanie filcem nic nie dało. Skąd wziąć nową głowicę do lampowego Grundiga sprzed blisko pół wieku? Na oryginał nie ma szans. Logika podpowiadała, że z uwagi na bliźniaczość konstrukcji i parametrów pewnie nadawałaby się polska (od lampowych zetek, typ U24-201 o indukcyjności 840mH). Jak wiadomo, głowice uniwersalne w opisywanych modelach montowane były w permalojowych osłonach. Jednak zarówno same głowice, jak i ich osłony w obu modelach zdecydowanie różnią się (patrz fotografie). Polska jest szersza, dedykowany do niej kubek również. 



U góry po lewej głowice w Grundigu, po prawej w Unitrze,
 niżej po prawej stronie porównanie ich wyglądu po wymontowaniu 
(z lewej polska, z prawej niemiecka),
u dołu wymieniona płyta pośrednia z Grundiga zastąpiona polskim "przeszczepem"

Zamontowanie jej w Grundigu okazało się niemożliwe. Przeszkodą okazały się śruby, służące do mocowania i regulacji, osadzone na stałe na płycie pośredniej i rozstawione minimalnie zbyt wąsko. Dodatkowym utrudnieniem stały się gabaryty głowicy kasującej, znacznie szerszej niż krajowy odpowiednik, umieszczonej tuż obok. Wydawałoby się – problem nie do rozwiązania.
Pomocą posłużył karton z częściami pozyskanymi z trzech rozebranych wcześniej polskich zetek. Jedyną receptą był "przeszczep" płyty pośredniej ze starego ZK 140T (wyposażonej także w identyczny jak w Grundigu wspornik mocujący wychyłowy wskaźnik wysterowania). Mimo takiej konieczności postanowiłem wykorzystać jak najwięcej części pochodzących z oryginału. Niezbędna okazała się również wymiana umieszczonego bezpośrednio pod płytą suwaka z kołkami oddalającymi taśmę od głowic w pozycjach przewijanie i stop (również minimalne różnice w ich rozstawieniu, uniemożliwiające współpracę z osłoną głowicy – stąd musiałem wykorzystać polski). Pozostałe części pasowały. Tak więc pozostała oryginalna kompletna dźwignia docisku taśmy ze sprężyną, skrajne zespoły kołków prowadzących taśmę (lewy z głowicą kasującą, prawy z górnym łożyskiem koła zamachowego z wałkiem napędowym) oraz cały zespół przełącznika ścieżek. 


Widok magnetofonu przed (góra) i po operacji (dół)


Po zmontowaniu całości przyszedł czas na chwilę prawdy. Na szczęście niespodzianek nie było. Wszystko zadziałało bezbłędnie. Po drobnych regulacjach i rozmagnesowaniu całego toru przesuwu taśmy magnetofon doskonale odtwarza i nagrywa na obu ścieżkach. Muszę stwierdzić, że nawet ów TK145 de luxe gra minimalnie lepiej od swego polskiego odpowiednika ZK145. Słychać różnice w dynamice zapisu i odtwarzania. Warto podkreślić, że płytka z elektroniką różni się od polskiej jakością montażu oraz zamontowanych elementów, jak również samym ich układem, choć schematy obu magnetofonów są bardzo zbliżone. Zwraca uwagę doskonała jakość listwy zapis-odtwarzanie. W krajowych magnetofonach pokryte srebrem styki już po kilku latach ulegały utlenieniu, pokrywając się czarnym nalotem. Powodowało to zmianę parametrów elektrycznych, w skrajnych wypadkach prowadzając nawet do wzbudzania się układu. Niemcy wykonali je z innego materiału, stąd też w obu posiadanych przeze mnie Grundigach wyglądają świetnie i nie wymagają czyszczenia. Reasumując – kilka godzin doskonałej zabawy ze sprzętem sprzed pół wieku i kolejny egzemplarz został ocalony, dając aktualnemu użytkownikowi sporo radości i satysfakcji. Stoi obecnie w zasięgu ręki, będąc przynajmniej w moim odczuciu ozdobą pokoju oraz grając od czasu do czasu zachęca do sympatycznych wycieczek w przeszłość nie tylko muzyczną.


Kolekcja

Innym ważnym elementem, tworzącym klimat mego azylu jest gramofon G 1100 fs, czyli poszukiwany niegdyś Daniel, będący obiektem marzeń wielu ówczesnych melomanów. Wyprodukowany został w Łodzi i nosi dumne logo UNITRA FONICA. Nabyłem go w 1982 roku (przy sporej dozie szczęścia) i od tego czasu (poza drobnymi zabiegami konserwacyjnymi) działa praktycznie bezawaryjnie. Większość użytkowników z pewnością pamięta, że był to model wyposażony w automatykę ramienia, umożliwiającą naprowadzenie wkładki na początek płyty i  powrót po zakończeniu odtwarzania. W ciągu lat dokonałem w używanym egzemplarzu jedynie dwóch zmian. Na początku eksploatacji na tylnej ścianie obudowy zainstalowałem wyłącznik, powodujący ominięcie układu wykrywania końca płyty. Już w tamtym okresie posiadałem dość sporą kolekcję analogów. Zdecydowana większość funkcjonowała poprawnie, tzn. ramię gramofonu po dojściu do końca strony samoczynnie podnosiło się, po czym powracało do pozycji spoczynkowej. 


DANIEL   G 1100 fs

Znalazło się jednak w mym zbiorze kilka takich pozycji (bodaj dwie na kilka setek), których nie dało się wysłuchać do końca, bowiem ramię tuż przed zakończeniem wracało do punktu wyjścia. Regulacje stosowną śrubą były nieskuteczne, bowiem na tych płytach najprawdopodobniej średnica ostatniego rowka przed naklejką nie odpowiadała powszechnie przyjętym normom. Kto je tłoczył - niech pozostanie zagadką, choć raczej niezbyt trudną, zważywszy na ówczesny ograniczony rynek. Jedynym rozwiązaniem okazało się odłączenie wspomnianego układu na czas ich odtwarzania. Drugiej zmiany dokonałem stosunkowo niedawno. Gramofon zamiast fabrycznej wkładki MF100 zyskał nową – Shure M44G (sprawdza się znakomicie) oraz miast wyprowadzającego sygnał do wzmacniacza cieniutkiego kabelka ze złączem DIN otrzymał przyzwoite grube kable, zakończone pozłacanymi wtykami typu "cinch". Różnica jest na tyle zauważalna, że ostatnio chętniej sięgam po stare analogi, a nawet moja kolekcja wzbogaciła się o kilka pozycji.




Proszę wybaczyć ten nieco przydługi wpis, pełen technicznych szczegółów, pozornie odległy od zasadniczej tematyki bloga. Jednak wszystko to ostatecznie dotyka muzyki i wrażeń płynących z jej słuchania. Niezmiennie od lat pozostaje ona dla mnie bezpiecznym azylem i ucieczką od coraz częstszych rozczarowań dzisiejszym światem, jak i niegdyś przyjaznymi ludźmi, którzy go zamieszkują.



słuchacz