poniedziałek, 14 grudnia 2015

Mój prywatny Audio-Vintage, część druga







Miesiąc temu umieściłem na blogu tekst dotyczący mojej nowej pasji. Z niemałym zdziwieniem zauważyłem, że należy do chętnie czytanych. Nie wykluczone, że sprawiło to określenie Audio-Vintage, które znalazło się w tytule. Trend określany tym mianem w istocie robi ostatnio coraz większą karierę, także w naszym kraju. Być może to kwestia pewnej nostalgii i chęci powrotu do minionych czasów oraz możliwości zrealizowania marzeń z czasów młodości. Wszak teraz niewielkim kosztem można pozwolić sobie na taką ekstrawagancję i w dodatku być trendy. Jak wcześniej wspomniałem – znalazłem w tym nurcie swą niszę, dającą mi sporo radości. 


Nowy nabytek i kolekcja w całej okazałości

Z dumą donoszę, że moja kolekcja magnetofonów szpulowych powiększyła się i stanowi pewien zamknięty (mam nadzieję) i logiczny ciąg. Do tej pory zbiór składał się z tranzystorowego niemieckiego Grundiga TK 140 de luxe i jego licencyjnego polskiego odpowiednika ZK 140T, produkcji warszawskich Zakładów Kasprzaka, należących do zjednoczenia UNITRA.  Prócz tego posiadam lampowy model ZK 145 (także UNITRA). Kilka dni temu do trzech posiadanych dołączył czwarty – Grundig TK 145 de luxe, będący zachodnim pierwowzorem ostatniego z wymienionych. Na aukcjach bywa rzadko i osiąga często absurdalne ceny. Zdobyłem go przypadkiem. Początkowo miał mieć zupełnie inne przeznaczenie. Jednak kiedy zajrzałem do środka... Był w doskonałym stanie. To niewiarygodne, że blisko pięćdziesięcioletni sprzęt może tak wyglądać i wewnątrz nawet nie mieć kurzu. Podejrzewam, że nie był zbyt intensywnie eksploatowany, o czym świadczy choćby małe zużycie kołków prowadzących taśmę. Tak więc kolekcja powiększyła się i stanowi teraz jakiś logiczny ciąg – choć przyznaję, logikę w zbieraniu starych gratów na dość ograniczonej przestrzeni trudno dostrzec.


TK145 de luxe po zdjęciu obudowy - góra i spód.
Jak widać - stan niemal idealny

Ale po kolei. Jak wspomniałem Grundig okazał się doskonale zachowanym egzemplarzem. Po rozebraniu i naoliwieniu osi obu napędów, jak również łożysk silnika oraz poprawieniu przewijania (przesunięcie sprężyn i delikatne zmatowienie boków talerzyków drobnym papierem ściernym) mechanizm działał bez zarzutu. Nie było nawet konieczności wymiany pasków. Nagrywał też nieźle, zarówno na ustawieniu ręcznym jak i na automacie, ale tylko na jednej ścieżce. Druga pozostawiała sporo do życzenia. Niestety, konieczna okazała się wymiana głowicy. Czyszczenie i delikatne polerowanie filcem nic nie dało. Skąd wziąć nową głowicę do lampowego Grundiga sprzed blisko pół wieku? Na oryginał nie ma szans. Logika podpowiadała, że z uwagi na bliźniaczość konstrukcji i parametrów pewnie nadawałaby się polska (od lampowych zetek, typ U24-201 o indukcyjności 840mH). Jak wiadomo, głowice uniwersalne w opisywanych modelach montowane były w permalojowych osłonach. Jednak zarówno same głowice, jak i ich osłony w obu modelach zdecydowanie różnią się (patrz fotografie). Polska jest szersza, dedykowany do niej kubek również. 



U góry po lewej głowice w Grundigu, po prawej w Unitrze,
 niżej po prawej stronie porównanie ich wyglądu po wymontowaniu 
(z lewej polska, z prawej niemiecka),
u dołu wymieniona płyta pośrednia z Grundiga zastąpiona polskim "przeszczepem"

Zamontowanie jej w Grundigu okazało się niemożliwe. Przeszkodą okazały się śruby, służące do mocowania i regulacji, osadzone na stałe na płycie pośredniej i rozstawione minimalnie zbyt wąsko. Dodatkowym utrudnieniem stały się gabaryty głowicy kasującej, znacznie szerszej niż krajowy odpowiednik, umieszczonej tuż obok. Wydawałoby się – problem nie do rozwiązania.
Pomocą posłużył karton z częściami pozyskanymi z trzech rozebranych wcześniej polskich zetek. Jedyną receptą był "przeszczep" płyty pośredniej ze starego ZK 140T (wyposażonej także w identyczny jak w Grundigu wspornik mocujący wychyłowy wskaźnik wysterowania). Mimo takiej konieczności postanowiłem wykorzystać jak najwięcej części pochodzących z oryginału. Niezbędna okazała się również wymiana umieszczonego bezpośrednio pod płytą suwaka z kołkami oddalającymi taśmę od głowic w pozycjach przewijanie i stop (również minimalne różnice w ich rozstawieniu, uniemożliwiające współpracę z osłoną głowicy – stąd musiałem wykorzystać polski). Pozostałe części pasowały. Tak więc pozostała oryginalna kompletna dźwignia docisku taśmy ze sprężyną, skrajne zespoły kołków prowadzących taśmę (lewy z głowicą kasującą, prawy z górnym łożyskiem koła zamachowego z wałkiem napędowym) oraz cały zespół przełącznika ścieżek. 


Widok magnetofonu przed (góra) i po operacji (dół)


Po zmontowaniu całości przyszedł czas na chwilę prawdy. Na szczęście niespodzianek nie było. Wszystko zadziałało bezbłędnie. Po drobnych regulacjach i rozmagnesowaniu całego toru przesuwu taśmy magnetofon doskonale odtwarza i nagrywa na obu ścieżkach. Muszę stwierdzić, że nawet ów TK145 de luxe gra minimalnie lepiej od swego polskiego odpowiednika ZK145. Słychać różnice w dynamice zapisu i odtwarzania. Warto podkreślić, że płytka z elektroniką różni się od polskiej jakością montażu oraz zamontowanych elementów, jak również samym ich układem, choć schematy obu magnetofonów są bardzo zbliżone. Zwraca uwagę doskonała jakość listwy zapis-odtwarzanie. W krajowych magnetofonach pokryte srebrem styki już po kilku latach ulegały utlenieniu, pokrywając się czarnym nalotem. Powodowało to zmianę parametrów elektrycznych, w skrajnych wypadkach prowadzając nawet do wzbudzania się układu. Niemcy wykonali je z innego materiału, stąd też w obu posiadanych przeze mnie Grundigach wyglądają świetnie i nie wymagają czyszczenia. Reasumując – kilka godzin doskonałej zabawy ze sprzętem sprzed pół wieku i kolejny egzemplarz został ocalony, dając aktualnemu użytkownikowi sporo radości i satysfakcji. Stoi obecnie w zasięgu ręki, będąc przynajmniej w moim odczuciu ozdobą pokoju oraz grając od czasu do czasu zachęca do sympatycznych wycieczek w przeszłość nie tylko muzyczną.


Kolekcja

Innym ważnym elementem, tworzącym klimat mego azylu jest gramofon G 1100 fs, czyli poszukiwany niegdyś Daniel, będący obiektem marzeń wielu ówczesnych melomanów. Wyprodukowany został w Łodzi i nosi dumne logo UNITRA FONICA. Nabyłem go w 1982 roku (przy sporej dozie szczęścia) i od tego czasu (poza drobnymi zabiegami konserwacyjnymi) działa praktycznie bezawaryjnie. Większość użytkowników z pewnością pamięta, że był to model wyposażony w automatykę ramienia, umożliwiającą naprowadzenie wkładki na początek płyty i  powrót po zakończeniu odtwarzania. W ciągu lat dokonałem w używanym egzemplarzu jedynie dwóch zmian. Na początku eksploatacji na tylnej ścianie obudowy zainstalowałem wyłącznik, powodujący ominięcie układu wykrywania końca płyty. Już w tamtym okresie posiadałem dość sporą kolekcję analogów. Zdecydowana większość funkcjonowała poprawnie, tzn. ramię gramofonu po dojściu do końca strony samoczynnie podnosiło się, po czym powracało do pozycji spoczynkowej. 


DANIEL   G 1100 fs

Znalazło się jednak w mym zbiorze kilka takich pozycji (bodaj dwie na kilka setek), których nie dało się wysłuchać do końca, bowiem ramię tuż przed zakończeniem wracało do punktu wyjścia. Regulacje stosowną śrubą były nieskuteczne, bowiem na tych płytach najprawdopodobniej średnica ostatniego rowka przed naklejką nie odpowiadała powszechnie przyjętym normom. Kto je tłoczył - niech pozostanie zagadką, choć raczej niezbyt trudną, zważywszy na ówczesny ograniczony rynek. Jedynym rozwiązaniem okazało się odłączenie wspomnianego układu na czas ich odtwarzania. Drugiej zmiany dokonałem stosunkowo niedawno. Gramofon zamiast fabrycznej wkładki MF100 zyskał nową – Shure M44G (sprawdza się znakomicie) oraz miast wyprowadzającego sygnał do wzmacniacza cieniutkiego kabelka ze złączem DIN otrzymał przyzwoite grube kable, zakończone pozłacanymi wtykami typu "cinch". Różnica jest na tyle zauważalna, że ostatnio chętniej sięgam po stare analogi, a nawet moja kolekcja wzbogaciła się o kilka pozycji.




Proszę wybaczyć ten nieco przydługi wpis, pełen technicznych szczegółów, pozornie odległy od zasadniczej tematyki bloga. Jednak wszystko to ostatecznie dotyka muzyki i wrażeń płynących z jej słuchania. Niezmiennie od lat pozostaje ona dla mnie bezpiecznym azylem i ucieczką od coraz częstszych rozczarowań dzisiejszym światem, jak i niegdyś przyjaznymi ludźmi, którzy go zamieszkują.



słuchacz




wtorek, 8 grudnia 2015

SBB - wrażenia po bydgoskim koncercie












Początkowo wszystko wskazywało na to, że 6 grudnia nie będzie mi dane zaleźć się w Kuźni na bydgoskim koncercie zespołu. Na szczęście stało się inaczej, mój osobisty św. Mikołaj nie zapomniał o mnie. Od dawna ostrzyłem sobie zęby na to, by zobaczyć i usłyszeć SBB w klasycznym składzie. Przyznam, że wcześniej kilkakrotnie widziałem grupę na koncertach, jednak zawsze miejsce Jerzego Piotrowskiego zajmowali inni perkusiści. Wreszcie doczekałem się. I z całym szacunkiem dla innych (wielkich) muzyków za bębnami - teraz wiem jedno. Król jest tylko jeden. Mam wrażenie, że licznie zgromadzona publiczność miała podobne odczucia. I należy się z tą opinią liczyć, bowiem na koncert przybyli przede wszystkim ci, którzy z racji wieku i znajomości tematu mają prawo do własnego zdania w tej kwestii. Z dawna wyczekiwany powrót Kety stał się faktem. W rozmowie po koncercie, kiedy nie mogłem nie podziękować liderowi za świetny koncert, Józef Skrzek powiedział skromnie: No wiesz, zgrywamy się.






Uważam, że forma zespołu, nawet w porównaniu z zarejestrowanym trójkowym koncertem wyraźnie rośnie. Oczywiście nie przesadzajmy, drobne wpadki były - jednak dawno nie słyszałem SBB grającego z takim rockowym pazurem, choć to ponoć kapela progresywna. I jestem przekonany, że w głównej mierze była to zasługa Jerzego Piotrowskiego. Na zawsze utkwi mi też w pamięci obraz Józefa Skrzeka, w uniesieniu obsługującego lewą ręką gryf zawieszonej na szyi gitary basowej, zaś prawą dogrywającego improwizacje na stojących obok klawiszach. Widziałem już podobne zdjęcia lidera, jednak doświadczenie tego na własne oczy i uszy, z zaledwie trzeciego rzędu jest niezapomnianym przeżyciem.
Charakterystyczna ciemna i niezbyt obszerna estrada Kuźni (w najbliższym planie jest remont, który mam nadzieję nie pozbawi tego miejsca swoistej magii) nasunęła mi pewne skojarzenia. W wyobraźni cofnąłem się w przeszłość i zobaczyłem chłopaków o kilkadziesiąt lat młodszych, u progu kariery, z zapamiętaniem ćwiczących w ciasnej siemianowickiej piwnicy. Wyobrażam sobie, że mieli wówczas w sobie podobny ogień i zapał.






Koncert rozpoczął się kompozycją Odwieczni wojownicy (greccy Achajowie to wyraźny ukłon w stronę Lakisa). Ten utwór nie zabrzmiał nadzwyczajnie, słychać było zmagania realizatora z akustyką klubu. Co innego brzmienie w pustej, dość wąskiej sali, a co innego gdy wypełniona jest po brzegi publicznością. Dalej na szczęście było już dużo lepiej. Program składał się w zasadzie z samych "żelaznych pozycji", głównie z początków kariery: Odlot, Wizje, Rainbow Man, Z miłości jestem, Na pierwszy ogień, Walkin' Around The Stormy Bay, Memento z banalnym tryptykiem. Kolejność podaję przypadkowo, odtwarzając utwory z pamięci (mam nadzieję, mnie nie zwodzi). Kompozycje były zwarte i nie przegadane, choć solówek nie brakowało (zwłaszcza lidera na basie), a potężnie brzmiąca perkusja Jerzego Piotrowskiego nadała im wyjątkowej dynamiki, takiej jaką pamiętam z legendarnej debiutanckiej płyty. W zasadzie rozpoznawałem główne tematy, jednak reszta była mocno przearanżowana, co zdecydowanie wpłynęło na ich mocne rockowe oblicze. Klawisze Józef traktował dość oszczędnie, oszczędnie też śpiewał choć jego dyspozycja wokalna nie budziła zastrzeżeń. W zasadzie jakoś w moim odczuciu (choć trudno traktować to jako zarzut) specjalnie nie wyróżniał się grający dość zachowawczo Anthimos. Zespół jest jednak doskonale rozumiejącym się monolitem i brak jakiegokolwiek ogniwa zdecydowanie wpłynąłby na brzmienie całości.






Na niewielkiej estradzie ulokowano dwa zestawy perkusyjne: Zildjian Kety i Pearl Lakisa. Zgodnie z twierdzeniem Czechowa - strzelba na ścianie w pierwszym akcie musi wypalić w trzecim. Tak się też stało. Na zakończenie zasadniczej części programu muzycy zaprezentowali publiczności oczekiwane Drums Battle. Rozpoczął Jerzy blisko czterominutowym wstępem, po czym miejsce za swoim zestawem zajął Lakis. Wspólnie muzycy zaserwowali publiczności czternastominutowy dialog, prowadzony wszakże z dużym poczuciem humoru. Z całym szacunkiem dla umiejętności Anthimosa, czasem dialog ten przypominał rozmowę ucznia z mistrzem. Może taki był pierwotny zamiar, bowiem na estradzie nie brakowało żartów, wzajemnych zachęt i porozumiewawczych uśmiechów. Zwieńczeniem tych popisów było dwukrotne standing ovation publiczności.






Muzycy zmęczeni, choć wyraźnie zadowoleni dali się w końcu namówić na dwa bisy. Drugi z nich, Pielgrzym, do słów Cypriana Norwida, choć z zupełnie inną linią melodyczną był wyraźnym nawiązaniem do twórczego okresu spędzonego z Niemenem. Fani wiedzą, że historia zespołu obfituje w wiele zakrętów, wzlotów, a także upadków. Cała trójka zaczynała karierę bardzo wcześnie, Anthimos miał zaledwie szesnaście lat. W efekcie, po dziewięciu bardzo intensywnych latach przyszło wypalenie i przemęczenie. Na początku lat osiemdziesiątych nastąpiła wymuszona przerwa. Zespół jednak reaktywował się. Działa w różnych składach praktycznie od początku lat dziewięćdziesiątych, co jednak nie przeszkadza muzykom w realizacji projektów solowych. Należy się cieszyć, że grupa powróciła do pierwotnego, klasycznego składu. Widać chemię i radość ze wspólnego grania. Wierzę, że muzycy jeszcze nie raz potrząsną nie tylko krajową sceną rockową. I tego im szczerze życzę.







słuchacz


PS:

Pokoncertowe trofea. Dzięki za wspaniały wieczór.















wtorek, 1 grudnia 2015

Szukanie Burzenie Budowanie - SBB przed bydgoskim koncertem





płyty SBB i Józefa Skrzeka (choć nie wszystkie)

W najbliższą niedzielę 6.12.2015 w bydgoskiej Kuźni odbędzie się koncert grupy SBB, znanej chyba wszystkim miłośnikom dobrej muzyki. Zespół na przestrzeni ponad czterdziestu lat swej działalności wydał niemal niezliczoną ilość płyt (sam posiadam 83, a z pewnością nie jest to wszystko). Gwoli ścisłości: albumy podwójne liczę jako dwie płyty zaś wielopłytowe - tyle ile zawierają krążków. Do tego można doliczyć sześć tytułów wydanych na DVD, zawierających koncerty. Wypada także wspomnieć o kilkudziesięciopłytowym dorobku solowym Józefa Skrzeka, lidera zespołu (na półeczce zaledwie 33 pozycje - to też oczywiście nie wszystko). Mimo tak olbrzymiego materiału kanon zespołu składa się w zasadzie z szesnastu płyt studyjnych, wydanych w latach 1974 – 2012.


wybrana wideografia

W 2003 roku Śląska Witryna Muzyczna opublikowała książkę Andrzeja Hojna i  Michała Wilczyńskiego zatytułowaną SBB WIZJE, zawierającą autoryzowaną historię grupy. Nakład został dawno wyczerpany, jak dotąd nie było wznowienia, stąd dziś jest poszukiwanym białym krukiem. Warto zapoznać się z tą pozycją, choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że napisana została trochę „na kolanach”, bez właściwego dystansu. Zawiera wnikliwą, aczkolwiek nieco jednostronną analizę muzyki oraz interesujące, pełne smaczków wywiady z muzykami. Znalazł się także wywiad z Julianem Matejem (prywatnie Romualdem Skopowskim), autorem większości tekstów, który przez wielu fanów uważany był za nieistniejącą postać, za którą kryły się literackie próby członków zespołu. Książka wykreowała obraz zespołu złożonego z ambitnych i pracowitych muzyków, którzy dzięki swemu uporowi i ciężkiej pracy sięgnęli po zasłużone uznanie. Niezbyt obszernie potraktowano półtoraroczną współpracę tria z grupą Niemen, a trzeba podkreślić, że jej owocem były dwie płyty nagrane w kraju i dwie w RFN. Współpraca ta też okazała się niekwestionowaną platformą, która otworzyła zespołowi drzwi do późniejszej kariery, także za granicami Polski.
Myślę, że trudno znaleźć w kraju inną grupę, której twórczość byłaby tak dokładne udokumentowana. To dobrze, zwłaszcza dla muzyki. Żałuję jedynie, że podobnej dokumentacji nie doczekał się dorobek Niemena, mimo upływu blisko dwunastu lat od jego przedwczesnej śmierci. Jednak to temat mający niestety niewiele wspólnego z muzyką.




Można oczywiście wybrzydzać, że po co tak dużo, że płyty nierówne, że powielają materiał. To jednak nie są rozterki fanów zespołu. Dobrze, że te płyty są. W ostatnich dniach pojawiło się kolejne nowe, kapitalne wydawnictwo, zawierające zapis koncertu, jaki odbył się 1 marca tegoż roku w Radiowej Trójce. Grupa zagrała w klasycznym składzie, z gościnnym udziałem Michała Urbaniaka. Płyta stała się wspaniałą wyprawą do muzycznych początków zespołu, ukazując muzyków w doskonałej formie. Michał Urbaniak, niekwestionowana gwiazda światowego formatu choć z nieco innej galaktyki, wspaniale wtopił się w brzmienie grupy. Znam różne wydawnictwa koncertowe SBB, ale to ostatnie sprawia, że wręcz czuje się na plecach dreszcz emocji, a skrzypce Urbaniaka brzmią tak, jakby muzyk grał z zespołem od zawsze. W Kuźni wprawdzie go nie usłyszymy, jednak płyta potwierdza wysoką formę pozostałych członków grupy i zapowiada niezwykłe przeżycia.


SBB w Trójce 2015

Warto podkreślić, że od ubiegłego roku trio występuje w swym klasycznym składzie, z Jerzym Piotrowskim, który wielokrotnie był uznawany w latach siedemdziesiątych przez czytelników Jazz Forum za najlepszego polskiego perkusistę. Po nagraniu płyty Memento z banalnym tryptykiem (1981) i zawieszeniu działalności formacji Piotrowski przez jakiś czas współpracował z Kombi, Young Power, Martyną Jakubowicz i Dżemem by ostatecznie pozostać w USA. Po reaktywacji zespołu jego miejsce kolejno zajmowali: Mirosław Muzykant (1998-1999), Paul Wertico, znany z grupy Pata Metheny'ego (2000-2007) oraz Gabor Nemeth, grający wcześniej w węgierskiej formacji Skorpió (2007-2011). Tę ostatnią być może znają starsi słuchacze Trójki. Perkusiści zmieniali się, a zespół często udowadniał, że potrafi poradzić sobie w różnych składach, także w duecie (patrz płyta zatytułowana  SBB z 2012 roku). Za bębnami często siadał też „Lakis” (Anthimos Apostolis, syn greckich emigrantów, urodzony w Siemianowicach Śląskich), grający przede wszystkim na gitarze. Znane są też koncerty SBB, na których dochodziło do muzycznych pojedynków na dwie perkusje, między aktualnym perkusistą a gitarzystą. Lider grupy Józef Skrzek z równą biegłością obsługuje gitarę basową, skrzypce jak i wielopiętrowe klawisze. Warto wspomnieć, że rozpoczynał swą karierę grając na gitarze basowej na dwóch pierwszych płytach grupy Breakout.


wybrane płyty Anthimosa

O samej muzyce tria można pisać wiele. Nie sposób nie wspomnieć o ich debiutanckim albumie, nagranym na żywo podczas dwóch koncertów. Płyta stała się legendą. Niedostępna w sklepach osiągała zawrotne ceny. Zawarta na niej żywiołowa, improwizowana muzyka odwoływała się do najlepszych światowych wzorów (pobrzmiewa tam wyraźnie Hendrix i Cream). Do dziś uznawana jest, za jedno z największych osiągnięć zespołu. Równie wysoko zarówno krytycy jak i fani zespołu oceniają album Memento z banalnym tryptykiem, ostatni przed zawieszeniem działalności. Muzycy flirtowali z jazzem (Tomasz Stańko, Tomasz Szakal  Szukalski, Andrzej Przybielski) współpracowali z Haliną Frąckowiak (Geira, Ogród Luizy) i Janem Błędowskim (Krzak).
Jestem przekonany, że jest w muzyce SBB coś, co fascynuje, wciąga i każe wracać nawet po latach. Nie bez powodu Zbigniew Preisner, czołowy i uznany na świecie kompozytor muzyki filmowej, tworzący partie instrumentalne na płyty największych gwiazd światowego formatu jest zafascynowany talentem Józefa Skrzeka. Wielokrotnie występowali razem, koncertując w wielu krajach. Mimo napiętych terminów sam go poprosił o możliwość skorzystania z taśm matek kilku kompozycji, by nadać im kształt taki, jaki zrodził się w jego wyobraźni. Niczego nie dograno, kompozycje zostały jedynie inaczej zmiksowane. Powstała unikalna płyta, odkrywająca po latach nowe oblicze znanych już wcześniej utworów.

Skrzek SBB Preisner 2012

Muszę wspomnieć o jeszcze jednym solowym dziele Józefa Skrzeka. Niedawno ukazała się nowa, przepięknie wydana płyta tego artysty, nosząca tytuł Surge Propera. Jest to właściwie rozwinięcie i uzupełnienie wcześniejszego albumu, zatytułowanego Kazania Świętokrzyskie, pomyślanego jako spektakl słowno-muzyczny. Mimo to płyta jest projektem autonomicznym. Składa się nań siedem kompozycji instrumentalnych nadzwyczajnej urody, zagranych przez Józefa Skrzeka na organach Bazyliki Katedralnej w Kielcach, z towarzyszeniem Mini Mooga. To zdumiewające jak te instrumenty w niemal doskonały sposób potrafią się uzupełniać. Powstała rzecz po prostu skończenie piękna. Warto tu podkreślić zasługi Jana Tarnawskiego i Marcina Majewskiego, którzy są jej producentami.  Rzadko coś porusza mnie do tego stopnia, jednak od kilku dni nie mogę się od tej płyty uwolnić. Słucham jej z telefonu jadąc do pracy, słucham też wracając. Przy okazji ciekawostka - płyta została wydana jak dotąd jedynie na winylu. Można kupić ją oddzielnie, jak również w eleganckim boxie łącznie z dwupłytowym digipakiem, zawierającym wcześniej wspomniane Kazania Świętokrzyskie. Płyta dostępna jest także w formie plików cyfrowych mp3.




Cóż jeszcze na koniec - obecnie grupa SBB jest jednym z czołowych przedstawicieli rocka progresywnego w naszym kraju. Gra kilkanaście koncertów rocznie. Zawita także 6 grudnia, tj. w najbliższą niedzielę  do bydgoskiej Kuźni. Ciągle, jak przed laty Szuka Burzy Buduje.



słuchacz


PS 

Katedra Przemysłów Kreatywnych / Wyższa Szkoła Gospodarki w Bydgoszczy - dziękuję za życzliwość.