niedziela, 24 maja 2015

Antonina Krzysztoń - kolejne spotkanie







Dziś będzie o osobie i twórczości Antoniny Krzysztoń. Nieco ponad tydzień temu miałem przyjemność po dłuższej przerwie być na jej koncercie. Artystka wystąpiła na scenie nowego amfiteatru w Polańczyku, uświetniając finał XIV Bieszczadzkiego Zlotu Leśnych Ludzi, jednak o samej imprezie napiszę innym razem.



Antonina Krzysztoń w Polańczyku 17 maja 2015 


Większość kojarzy postać Antoniny Krzysztoń z kręgiem tzw. krainy łagodności, jednak tak naprawdę jej twórczość, osobowość i postrzeganie świata znacznie wykracza poza te ramy. Zadebiutowała na legendarnym Przeglądzie Piosenki Prawdziwej "Zakazane Piosenki" w Gdańsku w sierpniu 1981, zorganizowanym w pierwszą rocznicę Sierpnia przez Macieja Zembatego. Dwa lata później zajęła pierwsze miejsce na Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie. Warto wspomnieć, że wówczas też w pewien sposób złamała sobie karierę odmawiając występu na koncercie galowym transmitowanym przez Telewizję Polską, uważaną w tym czasie za reżimową. Jej dokonania towarzyszą nam od wielu lat. Jak dotąd wydała trzynaście płyt, mimo to jej twórczość nie jest powszechnie znana, bowiem Antonina nie gości zbyt często w mediach i daleko jej do wątpliwej kariery w świecie celebrytów. Jest obdarzona unikalną wrażliwością i wręcz anielskim, krystalicznym głosem. Mimo swej łagodności potrafi śpiewać o rzeczach bardzo smutnych i poważnych, jak również ciepłych i radosnych. Jej niezwykła muzykalność sprawia, że z równie wielkim zaangażowaniem wykonuje poezję, melodie ludowe, pieśni politycznie zaangażowane jak i modlitewne. Tak zróżnicowany repertuar i wielorakie inspiracje sprawiają, że odbiór jej koncertów ma wymiar niemal mistyczny i w jakiś nieuchwytny sposób odwołuje słuchających do rzeczy wzniosłych, bliskich absolutowi.

Tosia z zespołem


Pisząc ten tekst odszukałem wywiad, jaki przeprowadziłem z Antoniną niemal piętnaście lat temu, po jednym z koncertów, krótko po ukazaniu się płyty Każda chwila. Dla wielu fanów płyta ta była sporym zaskoczeniem. W założeniu miał jej towarzyszyć tomik poetycki, jako że Tosia także chętnie sięga po pióro. Mimo to jednak nie został wydany. Przypomnę fragmenty tej rozmowy:

- Zaczęło się od tego, że ludzie po koncertach pytali mnie, czy poza piosenkami nie piszę jakiś innych tekstów. A, że rzeczywiście pisałam, a pytań wiele padło – uznałam, że jest to jakiś znak i zebrałam to w książeczkę. I wówczas zapragnęłam muzyki. Był to pomysł muzyki do książki. Powstały takie obrazy-przekazy dla zaproszonych muzyków. Przede wszystkim byłam kierownikiem muzycznym tej płyty. Miała ona być właściwie częścią książki. Dziwnie się stało, że do dziś nie ujrzała światła dziennego i nie wiem czy ujrzy. Ja nie naciskam, bo ona wyniknęła nie z mojej lecz właściwie z ludzkiej chęci. Jeśli ma wyjść, to wyjdzie. Byłam zdziwiona, że Pomaton zdecydował się wydać tę płytę samodzielnie, bo myślałam, że wyjdzie to w małym wydawnictwie łącznie z książką. Wiem, że są ludzie, którzy bardzo lubią tę płytę. Są to na ogół osoby słuchające bardzo różnorodnej muzyki, natomiast dla tych, którzy cenią głównie piosenki ta płyta może być trudna i może okazać się zaskoczeniem. Jest ona jakby na obrzeżach tego co robię. Mam zamiar od czasu do czasu wydawać takie „dziwne” płyty.


- A płyta Czas bez skarg? Jak to się stało, że właśnie poezja Karela Kryla, barda praskiej wiosny?
- W okresie stanu wojennego dotarła do mnie jedna piosenka Karela Kryla, która bardzo mi się podobała. Ktoś usłyszał jak ją śpiewam, zrobił tłumaczenia innych i zaproponował ich zaśpiewanie.
Piosenki były bardzo piękne, zaczarowały mnie i bardzo chętnie je zaśpiewałam. Właściwie piosenki Karela Kryla trochę mnie znalazły, a nie na odwrót. Później miałam okazję i szczęście poznać Karela, który już niestety nie żyje. Wcześniej znałam jego postać, bowiem środowisko w którym się obracałam było związane z KOR-em, a tam był on znany.



Płyty Antoniny Krzysztoń 


- Brałaś udział w festiwalu Song Of Songs w Toruniu. Rozmawiałem tam z Joszko Brodą na Twój temat. Bardzo ciepło mówił o Tobie.
- Jest to niezwykły muzyk i niezwykły talent. Tam istnieje pewna ciągłość pokoleniowa, bardzo rzadka. On gra przekazy dokonywane od wielu pokoleń. Tradycja jego rodziny sięga chyba trzystu lat. Prócz tego ma olbrzymi talent. To niezwykła postać.

- Czy widzisz siebie w nurcie tzw. muzyki chrześcijańskiej?
- Bardzo nie lubię szufladkowania. Mówi się sporo o ewangelizowaniu. Są osoby do tego powołane, które śpiewają w zespołach i zdają sobie sprawę ze swego powołania. Ja się nie czuję w ten sposób powołana. Jestem chrześcijanką, katolikiem i śpiewam pieśni wynikające z tej drogi, bo to też moja droga. Powołania są bardzo różnorodne. Ty jesteś chrześcijaninem dziennikarzem, a jestem chrześcijanką pieśniarką. Nie lubię szufladkowania. To ludzka cecha, która ma coś ułatwić, ale Bóg stworzył nas bardzo różnorodnych i jest w tym jakiś list do nas napisany.




Płyty Antoniny Krzysztoń - ciąg dalszy 

- Modlitwa jest sprawą bardzo intymną każdego człowieka. Rozmawiamy po Twoim koncercie, na którym wykonywałaś pieśni wielkopostne. Jak to się stało, że dałaś temu wyraz tak publiczny? To chyba nie jest łatwe.
- Pomysł narodził się dawno temu. Pomógł mi go zrealizować Janusz Kotarba, który chciał nagrać pieśni religijne. Ja natomiast zawsze kochałam pieśni wielkopostne, które poznałam bliżej prze siostrę Bogdanę z Szymanowa, bowiem tam chodziłam do liceum. I kiedy pojawiła się propozycja nagrania pieśni religijnych, to pierwsza rzecz, jaka mi przyszła do głowy, to właśnie to. I bardzo chciałam, by jeśli można użyć takiego porównania – były one „gołe”. Nie ma żadnych instrumentów. Śpiewam po prostu a capella. Są modlitwą, wyznaniem i osobistym przeżyciem. Poznaję je od wielu lat i sam sposób ich śpiewania też się zmienia. Związane jest to z tym na ile poznaję ludzkie cierpienie i zbliżam się do krzyża, który jest bramą nieba. Nie podchodzę do tego jak do koncertu. Proszę zawsze o łaskę modlitwy i skupienia. Cieszę się, że mogę je śpiewać. Trudno mi o tym mówić, bo lepiej to robię po prostu je śpiewając. Czasami czuję, że cały kościół się też modli, chociaż ludzie nie śpiewają ze mną. Czuję, że podążamy razem z tymi pięknymi przekazami, są one ułożone w pewną całość. Propozycje takich koncertów pojawiają się często w okresie Wielkiego Postu i zawsze są to koncerty na hospicjum w mieście, do którego jestem zaproszona. Ta idea jest mi bardzo bliska. Spotkałam wiele osób, które się tym zajmują. Robią tak ważną rzecz, są przyjaciółmi w sytuacji odchodzenia. To jest coś wielkiego i pięknego.

- Studiowałaś psychologię. Czy te studia pomagają Ci w jakiś sposób?
- Nie wiem, nie zdaję sobie z tego sprawy, nie czuję tego. Zawsze było tak, że byłam zainteresowana ludźmi i stąd wziął się pomysł tych studiów. Być może są rzeczy, których się nauczyłam i w sposób nieświadomy z tego czerpię. Na pewno nie chciałabym stosować jakiejkolwiek techniki wobec ludzi. Będąc na studiach zdałam sobie sprawę, że nie jest to ta droga. Nigdy nie byłam psychologiem. Po skończeniu studiów przez krótki czas byłam wychowawcą, terapeutą zajęciowym. Polegało to na tym, że siadałam z gitarą i śpiewałam z moimi pacjentami. Byliśmy szczęśliwi i było nam dobrze.

Najnowsze wydawnictwa 

- Występujesz zarówno w kościołach jak i na estradach, na wolnym powietrzu. Jaki rodzaj występów najbardziej lubisz?
- Najbardziej lubię takie występy, w których mam poczucie łączności z publicznością, gdzie mam świadomość, że coś zaistniało między nami. Czasami jest to na bardzo dużym koncercie, czasami na kameralnym. Ważne jest, że coś się nawiązało. Dobrze, że są ludzie, którzy chcą słuchać takich pieśni.

- Pracujesz nad nową płytą.
- Płyta jest prawie skończona. Zagrał zespół, z którym współpracowałam. Marcin Majerczyk na gitarze, Kuba – mój mąż na basie, Kuba Majerczyk na perkusji, poza tym jest Joszko Broda i Marcin Pospieszalski jako kierownik muzyczny. Nie ma zbyt wielu zaproszonych gości, ale mam nadzieję, że będzie trochę radości z tej płyty. Będzie miała tytuł Wołanie. Melodie pochodzą z różnych stron świata, do nich są układane teksty.

- Dobrze, że jesteś.
- I dobrze, że Ty jesteś.



Antonina Krzysztoń 


Tosia jest artystką niezwykłą, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Jest zanurzona w duchowości, w przeżywaniu świata niemal na sposób mistyczny. Jej niesamowity głos i wrodzona muzykalność sprawia, że każdy występ jest niemal świętem. Trudno zachować dystans do jej twórczości.

Na jednej z jej płyt znalazłem takie stwierdzenie:
Podejrzewam, że Konfucjusz twierdząc, że trzeba się tak doskonalić, by obdarzać spokojem innych ludzi przewidywał nadejście Tośki. (Wojtek Waglewski - VooVoo). Trudno o lepsze podsumowanie.


Płyty Antoniny Krzysztoń:


1990 Inne światy
1992 Pieśni postne
1993 Takie moje wędrowanie
1995 Czas bez skarg
1996 Kiedy przyjdzie dzień
1998 Każda chwila
2000 Wołanie
2000 Perłowa łódź – Złota kolekcja
2003 Kolęda domowa ... a nad śnieg wybieleję
2004 Dwa księżyce
2010 Turkusowy stół
2012 Koncert - Live
2014 Czekaj

2015 Kolędy Antoniny Krzysztoń
2017 Skarb


PS.

Dla porządku – mój wywiad z Antoniną Krzysztoń został nadany w bydgoskiej rozgłośni Radia Plus 27 sierpnia 2000 roku.


słuchacz




środa, 22 kwietnia 2015

Swing Revisited




Wydawać by się mogło, że era swingu i big bandów jazzowych odeszła w zapomnienie. Nieco starsi melomani z nostalgią wspominają lata 70., kiedy w Warszawie występowały zespoły Buddy Richa, Stana Kentona, Clarka Terry’ego, Woody Hermana oraz Duka i później Mercera Ellingtona. Jak jednak widać sympatia do takiej muzyki pozostała i ma się całkiem nieźle. Najnowsza płyta Stanisława Sojki Swinging Revisited, nagrana ze współudziałem szwedzko-duńskiego Big Bandu Rogera Berga już w dniu premiery 14.04 bieżącego roku uzyskała status złotej płyty. I uczciwie przyznaję – całkiem zasłużenie. Staszka Sojki nie trzeba bliżej przedstawiać – śpiewa niemal pięćdziesiąt lat, a zawodowo robi to od z górą trzydziestu pięciu. Lata sukcesów nie zmanierowały go – pozostał sobą zachowując przy tym łatwość nawiązywania kontaktu z publicznością. W bezpośrednich kontaktach także nie stwarza niepotrzebnego dystansu, jest szczery i z reguły przyjaźnie nastawiony. Obserwuję z sympatią jego karierę, począwszy od rewelacyjnego debiutu 29 listopada 1978 w Filharmonii Narodowej w Warszawie, który zarejestrowano i wydano na płycie Klubu Płytowego PSJ Biały Kruk Czarnego Krążka zatytułowanej Don't You Cry. Przyglądając się bliżej jego dokonaniom dostrzec można, że klasyczny repertuar jazzowy był mu zawsze bardzo bliski. Świadczy o tym choćby repertuar jaki znalazł się na jego kolejnych dwóch płytach Blublula i Sojka Sings Ellington.

Debiutancka płyta wydana w 1979 roku


Staszek Sojka nagrał dotąd ponad trzydzieści płyt z bardzo urozmaiconą muzyką, począwszy od stricte jazzowej po lekko jazzujący pop. Nie stronił też od poezji, śpiewając Miłosza, sonety Szekspira a także Tryptyk Rzymski Jana Pawła II. Jedną z płyt poświęcił utworom Czesława Niemena. Nie próbował ścigać się z oryginałem, nadał im charakterystyczne dla siebie brzmienie, dzięki czemu zyskały pewien nowy intrygujący wymiar. Choć każda z jego płyt jest inna, to muzyka i interpretacje są rozpoznawalne od pierwszych nut.



Dwie kolejne płyty z klasycznym repertuarem z 1980 i 1982 roku


Najnowsza propozycja Stanisława Sojki Swing Revisited nagrana wspólnie z big bandem Rogera Berga od pierwszych taktów ujmuje za serce. To powrót do złotych lat amerykańskiego swingu, bez zbędnego udziwniania i silenia się na nowoczesność. Klasyczny zespół jak z najświetniejszych lat Ery Swingu gra brawurowo, a mimo to w muzyce słychać szacunek, pieczołowitość i oddanie tworzonej sztuce. Stworzyli brzmienie nawiązujące do najlepszych amerykańskich tradycji swingowych. Okazuje się, że dziś nadal jest duże zapotrzebowanie na taką muzykę, mimo iż jest ona prawie nie istnieje ani na falach eteru, ani w klubach, ani na koncertach. Chętnie wracamy do starych nagrań, sięgają po nie coraz chętniej także współcześni twórcy. Wystarczy spojrzeć na ostatnie dokonania Diany Krall, Paula McCartneya czy choćby kontynuowany przez wiele lat serial American Songbook Roda Stewarta.


Najnowsza propozycja z tego miesiąca, naprawdę polecam


Współpraca Stanisława Sojki z szwedzko-duńskim big bandem Rogera Berga zainicjowana została przypadkowym wspólnym występem podczas jednego z warszawskich koncertów zespołu. Owocem tej współpracy jest wspaniała płyta. Album Swing Revisited jest doskonałym dowodem na nieśmiertelność muzyki swingowej. Dla Stanisława Sojki płyta jest nostalgicznym powrotem do muzycznych korzeni, od których rozpoczynała się jego kariera. Jednak jeśli porównać interpretacje sprzed trzydziestu lat z dzisiejszymi, to przyznać trzeba że do takiej muzyki potrzebna jest pewna dojrzałość artystyczna, która nawet wybitnym artystom przychodzi dopiero z wiekiem. Subtelny głos wokalisty doskonale wtapia się stylistykę płyty. Repertuar płyty wypełniają same klasyki. Niełatwo zmierzyć się z nimi, gdy tkwią w nas niemal podskórnie ich nieśmiertelne wersje sprzed lat. A jednak wersje Staszka Sojki, pełne niebanalnego uroku, klasy i wyczucia sprawiają, że chce się do tych nagrań wracać i słuchać ich właśnie w jego wykonaniu. Słychać, że muzycy doskonale bawią się, grają coś, co sprawia im autentyczną radość. Ta muzyka może być tłem do refleksji, a także do spotkania (tańca) we dwoje. Może też służyć jako doskonałe tło do zajęć codziennych, zastępując wszechobecną sieczkę lejącą się z radiowych głośników (no dobrze, może z pewnymi niewielkimi wyjątkami). Tym chętniej sięgam po Swing Revisited. Szczerze mówiąc – nie wyjmuję jej z mego odtwarzacza już od kilku dni…


PS.

Panie Staszku, a może tak już zawczasu pomyśleć – wzorem Roda Stewarta – o Swing Revisited vol. 2 i …?

Stanisław Sojka podczas koncertu 4 marca 2010

słuchacz




niedziela, 15 lutego 2015

Edgar Froese - zmiana kosmicznego adresu







Edgar Froese w latach 70.

20 stycznia 2015 zamknęła się dla mnie pewna epoka muzyczna. W tym dniu we Wiedniu zmarł nagle w wieku 70 lat Edgar Froese, twórca nierozerwalnie związany z tzw. muzyką elektroniczną, założyciel legendarnej niemieckiej grupy Tangerine Dream, powstałej w 1967 w Berlinie Zachodnim. Mimo wielokrotnych zmian składu i przeobrażeń muzycznych Edgar Froese – niezależnie od kontynuowanej równolegle kariery solowej (wydał w latach 1974-2005 siedemnaście albumów opatrzonych własnym nazwiskiem) pozostawał jego niekwestionowanym liderem. 
Edgar Froese był wszechstronnie utalentowanym artystą. W latach 60. studiował sztukę (w tym rzeźbę pod kierunkiem samego Salvadora Dali). Interesował się także malarstwem i literaturą. Echa tych inspiracji odnaleźć można w jego muzyce. Początkowo grał na gitarze, by później ulec fascynacji możliwościami instrumentów elektronicznych, które często także samodzielnie modyfikował i konstruował. 
Moja fascynacja Tangerine Dream rozpoczęła się w połowie lat 70. od chwili, gdy poznałem w odstępie kilku lat cztery kolejne ich płyty: Phaedra, Rubycon, Ricochet i Stratosfear. W zasadzie ich zawartość na długi czas zdefiniowała granice mojego zainteresowania rockiem elektronicznym. Przyznam, że twórczość zespołu z przełomu lat 80. i 90. oraz późniejsza jego muzyka, ciążąca w stronę krótszych, nieco łatwiejszych i bardziej melodyjnych kompozycji, wykorzystywanych z powodzeniem jako tło do wielu filmów nie była dla mnie już tak odkrywcza. Doceniam wszakże  konsekwencję grupy i chylę czoło przed bogatą, liczącą kilkadziesiąt albumów dyskografią, jednakże dla mnie kanonem pozostają dokonania z okresu współpracy zespołu z wytwórnią Virgin z lat 1974-1983.


Płyty Tangerine Dream z mojej półeczki

Można przy okazji przypomnieć zarówno twórczość solową lidera jak i dokonania samego zespołu, jednak nie mam zamiaru robić konkurencji znawcom tematu. Dla mnie najważniejsze pozostaną nagrania grupy z lat 70. Do dziś pamiętam dreszcz emocji i wrażenie oderwania się od codzienności, towarzyszące muzyce słuchanej wieczorami przy blasku świecy, płynącej z czarnych krążków (choć częściej z taśmy magnetofonowej). Była prawdziwie hipnotyczna i przenosiła słuchającego w inny wymiar rzeczywistości. W pamięci też na zawsze pozostanie muzyka z fascynujących koncertów, jakie w mrokach stanu wojennego zespół dał w kilku miastach Polski w grudniu 1983 roku. Pamiątką po tej trasie była kolejna płyta w dyskografii grupy, zatytułowana Poland. Szkoda jednak, że zespół, będący wówczas chyba u szczytu swych możliwości nie zdecydował się na opublikowanie autentycznego zapisu z koncertów. Materiał zawarty na płycie poddano w studiu daleko idącym modyfikacjom. Podobno istnieje bootlegowy zapis tych występów, zatytułowany Dreaming on Ice Stadium Evening, dość dalece różniący się od materiału ze wspomnianej płyty. Zresztą praktykę tę muzycy wielokrotnie kontynuowali także później, tak więc dziś trudno rozdzielić dyskografię zespołu na albumy studyjne i koncertowe. Koncerty często wzbogacone są o liczne fragmenty i uzupełnienia zrealizowane w studiu. Dobrym przykładem jest płyta Live Miles 1988 roku, na której mniej niż 30 procent materiału rzeczywiście zarejestrowano na żywo, zaś pozostałe siedemdziesiąt to uzupełnienia studyjne. Mimo to wycieczka w przeszłość i powrót do muzyki, która niegdyś wyznaczała to co najlepsze w rocku elektronicznym jest dla mnie także dziś czymś fascynującym. 


Dwanaście płyt zespołu z okresu współpracy z wytwórnią Virgin

Śmierć Edgara Froese jest z pewnością nie tylko dla mnie końcem pewnej epoki muzycznej, stawia też pod znakiem zapytania dalszą działalność jego macierzystego zespołu. Z informacji rozesłanych członkom fanklubu Tangerine Dream wynika, że zespół myśli o nagraniu płyty poświęconej pamięci swego nieodżałowanego lidera. Co będzie dalej – czas pokaże, wszak jak niegdyś wyraził się sam Edgar: nie ma śmierci, to jedynie zmiana naszego kosmicznego adresu.


Tangerine Dream z okładki płyty Cyclone

słuchacz