Dla wielu miłośników hard rocka nie znających wcześniej warszawskiej kapeli Leash Eye album Blues, Brawls & Beverages może być zaskoczeniem. Dla mnie okazał się strzałem w dziesiątkę, ujął mnie od pierwszego przesłuchania, nie pozwalając na zbędne refleksje. Bezkompromisowo, bezdyskusyjnie. Chwycił za gardło od pierwszego dźwięku. Jest taki, jakie rockowe stare tygrysy lubią najbardziej. Pisanie, że to muzyka drogi wydaje się banałem. Ale z jakiegoś powodu na okładkach wcześniejszych płyt zespołu królują samochody i to wcale nie te najlżejsze. Bo i muzyka z płyty do najlżejszych nie należy. Nie ma tu łzawych balladek spod znaku popowej muzy. Jest mocno, zdecydowanie rockowo, z zadziorną gitarą, nadającą drajw perkusją i mięsistymi organami. Tak jak powinno być, zgodnie ze wszelkimi prawidłami gatunku. Słucha się tego z prawdziwą przyjemnością i wcale nie wydaje się, że to wtórne granie, choć najwyraźniej przebijają tu echa Deep Purple z najlepszych lat. Stylistyka doskonale i klasycznie hardrockowa, z bluesową domieszką, a pomysły melodyczne niebanalne. I chce się tego słuchać. Z uśmiechem na twarzy, dowodzącym, że stare wzorce nadal żyją, mają się dobrze i nadal można wykrzesać z nich coś oryginalnego. Jedenaście kawałków, a każdy inny. Nie ma zapychaczy. Jest ciągnący wszystko zdecydowany bas na mocnej perkusyjnej podstawie, są wyraziste solówki i chwytliwe riffy. I do tego wszystkiego świetny wokal, doskonale wtopiony w muzykę i pełen pomysłów (polecam kawałek Twardowsky J.). Na płycie wybija się świetna, dobrze brzmiąca gitara. To naprawdę sztuka zagrać tak, by w tle dało się usłyszeć dalekie aluzje do największych wioślarzy, a przy tym pozostać oryginalnym. Tu mój głęboki ukłon. Jednak największe słowa uznania kieruję gościa stojącego za klawiszami. Cokolwiek to jest, to brzmi jak milion dolarów, niczym najbardziej rasowy Hammond. Chyba jego wkład w całościowe brzmienie albumu, pospołu z wokalistą, przekonał mnie najbardziej.
piątek, 15 marca 2019
Blues, Brawls & Beverages - Leash Eye
Dla wielu miłośników hard rocka nie znających wcześniej warszawskiej kapeli Leash Eye album Blues, Brawls & Beverages może być zaskoczeniem. Dla mnie okazał się strzałem w dziesiątkę, ujął mnie od pierwszego przesłuchania, nie pozwalając na zbędne refleksje. Bezkompromisowo, bezdyskusyjnie. Chwycił za gardło od pierwszego dźwięku. Jest taki, jakie rockowe stare tygrysy lubią najbardziej. Pisanie, że to muzyka drogi wydaje się banałem. Ale z jakiegoś powodu na okładkach wcześniejszych płyt zespołu królują samochody i to wcale nie te najlżejsze. Bo i muzyka z płyty do najlżejszych nie należy. Nie ma tu łzawych balladek spod znaku popowej muzy. Jest mocno, zdecydowanie rockowo, z zadziorną gitarą, nadającą drajw perkusją i mięsistymi organami. Tak jak powinno być, zgodnie ze wszelkimi prawidłami gatunku. Słucha się tego z prawdziwą przyjemnością i wcale nie wydaje się, że to wtórne granie, choć najwyraźniej przebijają tu echa Deep Purple z najlepszych lat. Stylistyka doskonale i klasycznie hardrockowa, z bluesową domieszką, a pomysły melodyczne niebanalne. I chce się tego słuchać. Z uśmiechem na twarzy, dowodzącym, że stare wzorce nadal żyją, mają się dobrze i nadal można wykrzesać z nich coś oryginalnego. Jedenaście kawałków, a każdy inny. Nie ma zapychaczy. Jest ciągnący wszystko zdecydowany bas na mocnej perkusyjnej podstawie, są wyraziste solówki i chwytliwe riffy. I do tego wszystkiego świetny wokal, doskonale wtopiony w muzykę i pełen pomysłów (polecam kawałek Twardowsky J.). Na płycie wybija się świetna, dobrze brzmiąca gitara. To naprawdę sztuka zagrać tak, by w tle dało się usłyszeć dalekie aluzje do największych wioślarzy, a przy tym pozostać oryginalnym. Tu mój głęboki ukłon. Jednak największe słowa uznania kieruję gościa stojącego za klawiszami. Cokolwiek to jest, to brzmi jak milion dolarów, niczym najbardziej rasowy Hammond. Chyba jego wkład w całościowe brzmienie albumu, pospołu z wokalistą, przekonał mnie najbardziej.
czwartek, 14 marca 2019
Akustycznie - Guitar Force
Nieco ponad dwa miesiące temu pisałem o nowej płycie Diffferent Universe rzeszowskiego zespołu Guitar Force. Album wprawdzie odwoływał się do starszego materiału, zagranego jednak na nowo, niejako w wersji eksportowej. Płyta, mimo drobnych zastrzeżeń miała spory potencjał, pozwalający z zainteresowaniem wypatrywać dalszych wydawnictw. Jak wieść niesie – obecnie muzycy pracują nad kolejnym nowym krążkiem, a tymczasem skierowali do fanów interesujące wydawnictwo, zawierające przekrój dotychczasowego dorobku w wersjach akustycznych. Jak należało przypuszczać, wymyślony trzy dekady temu za wielką wodą format unplugged wpłynął na znaczne złagodzenie brzmienia.
Album Akustycznie, nagrany „bez prądu”, zaprezentował muzyków z zupełnie innej strony. Kompozycje brzmią wprawdzie znajomo, jakkolwiek pozbawione elektrycznego wsparcia ujawniają swą podskórną urodę. Dominują skrzypce, które już wcześniej były ważnym elementem stylistyki zespołu, jednak teraz słychać je jakby inaczej. Ich pasaże wspierają ciekawie zaaranżowane gitary akustyczne. Całość oparta jest na solidnej rytmicznej podstawie. Wysmakowane gitarowe solówki nieźle dobarwiają całość. Podobnie strona wokalna – pozbawiona eklektycznego zaplecza z poprzedniej płyty znacznie złagodniała. To oczywiście nie zarzut, raczej konsekwencja przyjętej formuły, co jednak nie znaczy, że muzyka z płyty jest jedynie refleksyjna i pozbawiona dynamiki. Akustycznie również można „przyłożyć”, czego dowodem jest systematycznie narastające tempo i dynamika utworów.
piątek, 8 marca 2019
O roku ów! Kto ciebie widział w naszym kraju…
Mam nadzieję, że mistrz Adam nie pogrozi mi zza grobu za ponowne odwołanie się do początku XI Księgi Pana Tadeusza (poprzednio rok temu), ale… w historii muzyki rozrywkowej również pojawiło się kilka niezwykłych lat, które przyniosły znaczące wydarzenia. Dziś odwołam się ponad pół wieku wstecz, do roku 1967. W kraju był to rok płytowego debiutu Czesława Niemena. Zadebiutowali również Skaldowie oraz Ewa Demarczyk płytą z piosenkami Zygmunta Koniecznego. W tym samym roku ukazała się druga płyta Violetty Villas Dla ciebie miły oraz drugi album Czerwonych Gitar. W Sali Kongresowej dwukrotnie zagrali Rolling Stones, kultowy sopocki Non Stop trafił pod skrzydła Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, a w radiu tryumfy święciły przeboje Wojciecha Młynarskiego Jesteśmy na wczasach i Niedziela na Głównym oraz Joanny Rawik Po co nam to było. Niemen ze swym sztandarowym hitem Dziwny jest ten świat, po niewątpliwym sukcesie w Opolu nie był raczej promowany, bowiem przywódcom pretendującego do komunizmu PRL-u nie mieściło się w głowach, że świat może być dziwny…
Na świecie był to rok debiutu Procol Harum, Davida Bowie, Ten Years After, Pink Floyd, The Doors (aż dwa albumy) oraz premiery wiekopomnego dzieła Beatlesów Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band. Oj, działo się! Mało? Na rynku zadebiutował magazyn Rolling Stone, który przez wiele lat wyznaczał trendy i nowe kierunki w kulturze młodzieżowej. Dokoła narastał ferment zapowiadający studencką rewoltę, która z całym impetem wybuchła rok później. Do głosu dochodziły nowe prądy w malarstwie, filmie i przede wszystkim w muzyce. Rozkwitał rock, czerpiąc inspiracje z bluesa i jazzu. I jak mawiał klasyk – właśnie „w takich okolicznościach przyrody”, w Monterey (Kalifornia) niedaleko San Francisco, zaledwie 130 km na południe w linii prostej, po drugiej stronie zatoki odbył się pierwszy festiwal rockowy. Był zapowiedzią późniejszej o dwa lata legendarnej imprezy w Woodstock, choć jak twierdzi wielu współczesnych krytyków – ze względów muzycznych okazał się imprezą znacznie ważniejszą. Dziś Monterey Pop kojarzony jest z rozkwitem ruchu hipisowskiego i uważa się go za symbol pamiętnego „lata miłości”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


