piątek, 29 stycznia 2016

Poza snem - bydgoska wystawa prac Zdzisława Beksińskiego









Właściwie nie wiem dlaczego lubię obrazy Zdzisława Beksińskiego. Od chwili, gdy przed wielu laty zetknąłem się jego twórczością były dla mnie tajemnicą, zagadką. Zawsze urzekał mnie świat wyzierający z jego wizji - dziwny, mistyczny i pełen grozy. Wówczas jeszcze niewiele wiedziałem o sztuce współczesnej, mimo to jakoś mnie pociągały, fascynowały, wręcz hipnotyzowały. Zawsze zadawałem sobie pytanie na ile są odbiciem jego wewnętrznego świata, a jest w nich kreacji artystycznej. Mam wrażenie, że w dziełach każdego twórcy odbijają się inspiracje wynikające z doświadczeń codzienności i kontaktów z innymi, choć przefiltrowane przez wewnętrzny świat wyobrażeń, obsesji, natręctw i uzależnień. Im wrażliwszy jest artysta, tym bardziej są poruszające. Przypuszczam, że tu tkwi źródło niesamowitego świata Witkacego, stąd intrygujący świat Salvadora Dali, stąd też niczym wyjęty z sennego koszmaru świat Beksińskiego. I nie należy się w nim doszukiwać bezpośrednich odniesień do rzeczywistości, choć tak często czyni większość odbiorców sztuki. Sztuka nie jest odbiciem rzeczywistości, choć bywa, że rzeczywistość, niczym w krzywym zwierciadle się w niej przegląda. Sztuka dociera bezpośrednio do emocji i wrażliwości człowieka i od niej zależy jej odbiór.




Retrospektywna wystawa prac Zdzisława Beksińskiego, prezentowana do końca stycznia w bydgoskim BWA, jest imprezą towarzyszącą  dwudziestemu trzeciemu festiwalowi Camerimage. Jej tytuł Poza snem wydaje się wyjątkowo trafny. Zaprezentowano na niej niemal dwieście sześćdziesiąt prac artysty, dokumentujących w zasadzie wszystkie okresy jego twórczości, począwszy od wczesnych rysunków, grafik i fotografii poprzez malarstwo do grafiki komputerowej. Zwłaszcza w tej ostatniej widać fascynację techniką i możliwościami jej wykorzystania. Prezentowane się również trzy filmy poświęcone artyście (Beksiński. Autoportret pośmiertny, Zdzisław Beksiński. Biografia oraz 17 chwil z życia Zdzisława Beksińskiego), a także kilka kompozycji, będących efektem zabaw z dźwiękiem, które zrealizował w domowym studio.





Kolejny kontakt z jego twórczością był dla mnie niczym powrót wędrowca w to samo miejsce, jednak bogatszego o doświadczenia. Większość dzieł znałem, jednak po latach robiły inne wrażenie. Nie bez znaczenia był tu fakt obcowania z oryginałem, którego dotykała ręka twórcy, a nie jedynie z reprodukcją. Nie ukrywam, że w odbiorze dzieła często pomaga mi kontekst w jakim powstało. Dotyczy to nie tylko poezji i literatury lecz także malarstwa. Po niedawnej lekturze książki Magdaleny Grzebałkowskiej Beksińscy. Portret podwójny inaczej je oglądam. Ta niezwykle wnikliwa opowieść pozwoliła poznać twórcę z wielu perspektyw, niemal poprzez uczestnictwo w jego codzienności. Fragmenty korespondencji, spisane z taśmy okruchy dzienników fonicznych, fascynacja muzyką, która zawsze towarzyszyła mu przy pracy, relacje znajomych i przyjaciół, rozterki, obsesje i fobie, a także determinacja, która kazała mu mimo początkowych problemów bytowych porzucić pracę zawodową i poświęcić się całkowicie sztuce – wszystko to sprawiło, że artysta stał mi się bliższy, choć nie znaczy to, że postrzegam go całkowicie bezkrytycznie, a wręcz często w duchu z nim polemizuję.




Beksiński odnalazł swój indywidualny język wypowiedzi artystycznej. Poszukiwał go dość długo. Zdawał sobie sprawę z niedoskonałości swego warsztatu, toteż stale nad nim pracował. Wiele prac zniszczył, uznając je za nieudane. Nie mitologizował swej twórczości, miał do niej dystans. Twierdził, że maluje, bo po prostu lubi i nie czuje w tym żadnego wewnętrznego posłannictwa. Inspirował się wyobraźnią a nie otaczającym światem. Zwykle kierowała nim wizja, która ewoluowała w trakcie pracy. Nie uważał się za moralizatora owładniętego obsesją śmierci, przemijania i końca świata. Uważał, że to odbiorcy dopisują sobie rozmaite treści przy odbiorze jego obrazów, interpretując je na potrzeby własnego wewnętrznego świata i własnej psychiki. Zawsze stał w opozycji do powszechnego trendu klasyfikowania i podporządkowywania standardom. Stworzył własny, rozpoznawalny styl. Trudno wpisać go w jakikolwiek nurt, choć widoczne są w nim wpływy dawnych mistrzów. Na obrazach przeważają mroczne postacie i zwierzęta oraz architektura, a na większości ciąży widmo destrukcji i rozkładu.





Swą twórczością niejako „wstrzelił się” w zainteresowania zwłaszcza ówczesnego młodego pokolenia do tego stopnia, że istniało coś w rodzaju mody na Beksińskiego. Obrazy często pojawiały się w różnych skojarzeniach, wykorzystane zostały także jako okładki do płyt warszawskiej grupy Collage. Jego twórczość prowokowała i narzucała siłą sugestii  pewne skojarzenia, choć artysta unikał prób jednoznacznego odczytywania swych prac. Nigdy też nie nadawał im tytułów, pozostawiając zupełną swobodę interpretacji odbiorcom. Co ciekawe – jako malarz był samoukiem, przekonanym, że akademie skupiają się na uczeniu wrażliwości, którą i tak ma się bądź nie, a nie na rozwiązywaniu problemów technicznych. Sam studiował dostępną literaturę i kształcił się metodą prób i błędów, dochodząc z biegiem lat do perfekcji. Ocalił dzięki temu własną, niezaburzoną wrażliwość. Malował na płytach pilśniowych, używając farb olejnych, czasem akrylu. Sporą wagę przykładał do techniki i jakości, starając się by jego prace jak najbardziej opierały się niszczącemu działaniu czasu.




Uważał, że dzięki malarstwu potrafi fotografować swe sny i marzenia. Twierdził, że maluje to, co w nim jest. Te na poły fantastyczne wizje dość szybko zjednały mu publiczność i kolekcjonerów, choć krytyka go nie rozpieszczała. Fascynowała go tajemnica, penetracja mrocznych stron duszy, uważał że tam właśnie leżą źródła piękna.
Choć sam deklarował się jako niewierzący, to w jego twórczości często powtarza się motyw krzyża, bardziej jednak jak wizja, niż jakiekolwiek odniesienie do Boga. Sam nie potrafił uzasadnić, dlaczego robił on na nim takie wrażenie. We wprowadzeniu do katalogu wystawy, napisanym przez Wiesława Banacha, przyjaciela artysty i dyrektora Muzeum Historycznego w Sanoku (rodzinnym mieście Beksińskiego, gdzie znajduje się stała obszerna ekspozycja jego prac) odnalazłem kilka zdań, które dobrze oddają klimat jego obrazów. Oto cytat:  
Jakimś kluczem do zrozumienia wizji artysty mógłby tu być ów fragment Psalmu 23: "Choćbym szedł ciemną doliną", który do końca życia przejmował go do głębi. Oczywiście chodzi tu o ciemną dolinę śmierci, czy w innych tłumaczeniach, dolinę śmierci. To tak niezwykle działało na jego wyobraźnię. Z tego przejmującego psalmu nie wyciąga głównego, optymistycznego wyrazu: "zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną." To właśnie lęk przed doliną śmierci jest nieustannie motorem tej twórczości. To penetrowanie ciemnej doliny. Ponieważ nie mógł uwierzyć w Boga i Jego obecność, zostawało mu tylko penetrowanie nicości. A jednak w wywiadzie z 2002 r. na pytanie: Czy żywi Pan nadzieję? - odpowiedział: Jestem skrajnym pesymistą, ale żywię nadzieję na to, że się mylę.





Artysta osiągnął sukces wiele lat temu, będąc w pełni sił twórczych, jednak obrazy paradoksalnie zyskały jeszcze większe uznanie z chwilą jego tragicznego odejścia. Po śmierci swej żony Zofii Stankiewicz i samobójstwie syna, Beksiński został zamordowany w 2005 roku we własnym mieszkaniu tuż przed swymi 76. urodzinami. Niektórzy próbują w tej tragedii dostrzec jakiś rodzaj wypełnienia się tematyki jego prac, ja jednak uważam, że taka interpretacja jest sporym nadużyciem. Tak czy inaczej bydgoska wystawa, trwająca od 15 listopada ubiegłego roku wciąż, nawet na dwa dni przed zamknięciem cieszyła się niesłabnącym zainteresowaniem.



słuchacz



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz