sobota, 15 czerwca 2019

Projekt Pandora 2.0








Początkowo spoglądająca z okładki rogata czaszka nie wzbudziła we mnie specjalnego zainteresowania. Zaprzątnięty mnóstwem drobnych spraw składających się na tzw. „prozę życia” pomyślałem – to raczej nie dla mnie, nie moje klimaty. Mimo to wrodzone zaciekawienie różnymi obliczami muzyki po jakimś czasie zwyciężyło, choć przyznaję 
– pierwszy kontakt był raczej dość chłodny. Na wszystko jednak jest stosowne miejsce i czas. Płyta zdecydowanie zyskuje przy kolejnych przesłuchaniach. Cztery utwory, zapowiadające niejako nowy rozdział, czy też może jak sugerowałby tytuł, nową odsłonę w karierze bydgoskiej formacji są naprawdę niezłe i dają sporą dawkę adrenaliny. To niespełna dwudziestominutowy przekaz, który jak sugerują sami muzycy, jest w jakiejś mierze wypadkową ich wspólnych zainteresowań i fascynacji. Inspiracji mamy tu naprawdę wiele, jednak w efekcie tworzą one spójny i mocny przekaz, który jakkolwiek przypuszczalnie nie miałby zbyt wielkich szans na zaistnienie w mediach preferujących zachowawczy profil, to jednak zdecydowanie łapie za serce, by nie powiedzieć… za trzewia.


poniedziałek, 27 maja 2019

Z Tomaszem Pauszkiem o analogach, emocjach i dwóch ostatnich płytach







Tomasz Pauszek jest kompozytorem, wykonawcą i producentem muzyki elektronicznej. Na początku marca w Miejskim Centrum Kultury w Bydgoszczy świętował dwudziestą rocznicę swej działalności artystycznej. Koncert, który okazał się początkiem ogólnopolskiej trasy uświetniło kilka znamienitych gwiazd, był też chór, kwartet smyczkowy, lasery i wizualizacje. Wrażenia na długo pozostały w pamięci. Już wówczas postanowiłem porozmawiać z artystą i plon tego spotkania zamieścić na blogu. Ów pomysł udało się zrealizować dopiero niedawno. Oto wywiad, który przeprowadziłem 23 maja.


Jesteś absolwentem dyrygentury. Na ile ta umiejętność i konsekwencja w realizowaniu własnych wizji pomaga Ci w pracy kompozytorskiej? Czy przystępując do pracy masz w podświadomości efekt końcowy?

Tak. Studia dyrygenckie dają pewne przygotowanie, uczą prowadzenia zespołu i reżyserowania, czy wręcz narzucania swej wizji. Ja też tak mam, chociaż bywa różnie. Przystępując do komponowania wiem co chcę osiągnąć, choć zdarza się, że przychodzi to z czasem. Jest jakiś szkic, który mi się podoba, ale nie mam jeszcze pełnego pomysłu. Całość nabiera kształtu dopiero w trakcie pracy. Podobnie, gdy współpracuję z ludźmi przy koncertach. Jeżeli to jest mój koncert, to ja narzucam pewną wizję i kieruję jej realizacją.



środa, 15 maja 2019

Tangerine Dream – kilka płyt z rogu obfitości







Na początku było… trójkowe Studio Nagrań i red. Jerzy Kordowicz. Był jakby stworzony do tej audycji. Prezentował w niej ciekawostki ze świata muzyki elektronicznej i odkrywał kulisy jej tworzenia. Jego niesamowity głos urzekł nie tylko mnie, lecz także muzyków Tangerine Dream do tego stopnia, że wykorzystali jego zapowiedź do swoich polskich koncertów w 1983 roku, odtwarzając ją z taśmy przed występem (red. Kordowicz był w tym czasie nieobecny). Nic więc dziwnego, że jego słowa trafiły także na jeden z najciekawszych koncertowych albumów Tangerine Dream: Poland – The Warsaw Concert (1984). Fani z wielu krajów świata po dziś dzień zastanawiają się w jaki sposób przetworzono ów głos, by uzyskać tak niesamowite brzmienie, nie podejrzewając nawet, że to zasługa samej natury…




Myślę, że rock elektroniczny w jakimś stopniu zawdzięcza swą pozycję w Polsce właśnie dzięki programom radiowym Jerzego Kordowicza. To właśnie w trójkowym Studiu Nagrań po raz pierwszy usłyszałem o Isao Tomicie – genialnym Japończyku, który na syntezatorach analogowych dokonywał elektronicznych transkrypcji barwnych dzieł orkiestrowych mistrzów z okresu impresjonizmu i późnego romantyzmu. To panu Jerzemu zawdzięczam do dziś trwającą słabość do tych z pietyzmem realizowanych wizji Debussy’ego, Ravela, Musorgskiego, Holsta i wielu innych. Dzięki redaktorowi Kordowiczowi usłyszałem również płytę Waltera (Wendy) Carlosa Switched-On Bach (1968) oraz poznałem kulisy powstania studyjnej części albumu Ummagumma Pink Floyd (1969). Jednak największym odkryciem, które mu zawdzięczam, okazał się zespół Tangerine Dream, utworzony w Berlinie Zachodnim przez Edgara Froese. Początkowo jego członkiem był także Klaus Schulze, o którym wcześniej nieco pisałem, jednak najbardziej znaczące płyty zespołu Edgar Froese nagrał przy współudziale Christophera Franke i Petera Baumanna. Myślę, że nie umniejszając dzieła wybitnych wizjonerów muzycznych takich jak choćby Schonberg, Xenakis, Boulez i Stockhausen – to także dzięki nim przesunęły się granice muzycznej awangardy w drugiej połowie XX wieku. Pamiętam również swoją fascynację albumami Phaedra (1974), Rubycon (1975) oraz koncertowym Ricochet (z tego samego roku, jakkolwiek z albumami live TD różnie bywa, gdyż często zawierały muzykę zagraną wprawdzie na żywo, w dodatku nie pochodzącą z regularnych płyt i nierzadko później edytowaną w warunkach studyjnych). Z pewnością także nie zapomnę chwil, gdy wertując książki do matury wsłuchiwałem się w niemal każdy dźwięk z płyty Stratosfear (1976), zapisany na taśmie poczciwego ZK120T. 
Co ciekawe – to właśnie w ojczyźnie Bacha ta bądź co bądź eksperymentalna muzyka trafiła na podatny grunt i właśnie stamtąd wywodzą się tacy twórcy jak choćby Ash Ra Tempel, Amon Duul II, Can, Kraftwerk czy wspomniany Tangerine Dream, a owa nieprzypadkowa nazwa zachęcała do poszukiwań innych, abstrakcyjnych, niekonwencjonalnych i bardziej fantastycznych wymiarów percepcji sztuki.