czwartek, 27 sierpnia 2015

Projekt Volodia - Wysocki nieco inaczej






Projekt Volodia w Ciechocinku


W ubiegłą niedzielę, 23 sierpnia wybrałem się do Ciechocinka na występ nieznanego mi wcześniej zespołu pod nazwą Projekt Volodia. Zachęciły mnie entuzjastyczne recenzje koncertu z festiwalu "Wołodia pod Szczelińcem”, którego organizatorem i dyrektorem artystycznym jest lider formacji Janusz Kasprowicz. Ów festiwal to interesujące spotkanie, poświęcone przede wszystkim muzyce Włodzimierza Wysockiego (choć także Jacka Kaczmarskiego). Miejsce wybrano z premedytacją, chcąc uniknąć przypadkowej publiczności. Decyzja okazała się słuszna, potwierdza ją już piąta edycja tejże imprezy.



Janusz Kasprowicz - bass i Leszek Zaleski - gitara



Włodzimierz Wysocki (1938-1980), sławny rosyjski aktor moskiewskiego Teatru na Tagance, bardziej znany jako niepokorny i charyzmatyczny bard z gitarą ma w naszym kraju wciąż sporą grupę miłośników, także młodych. To cieszy, w sytuacji gdy media lansują głównie pop, sympatia ta świadczy bowiem o niezależności gustów słuchaczy. W Moskwie grób Wysockiego tonie w kwiatach do dziś, mimo upływu blisko trzydziestu pięciu lat od śmierci artysty. W zasadzie obecnie trudno pojąć fenomen twórczości Wołodii. Był chyba jedynym twórcą, który w tamtych niełatwych czasach, zwłaszcza w ZSRR, potrafił być prawdziwie wolnym człowiekiem. Dawał temu wyraz nie tylko swym życiem, lecz także twórczością. Jego bezkompromisowa postawa, nieakceptowana przez władzę przyczyniła się w niemałym stopniu do lawinowo rosnącej popularności. Nie był obecny w mediach, zaś sławę zyskał poprzez pirackie nagrania z nieoficjalnych występów i domowych recitali. Stworzył blisko tysiąc ballad i pieśni. Nazywany ochrypłym sumieniem Rosji, do dziś jest prawdziwym fenomenem kulturowym. Śpiewał żarliwie, charakterystycznym, zdartym głosem, towarzysząc sobie jedynie na gitarze.




Janusz Kasprowicz 


Brzmienie utworów Wysockiego jest dość charakterystyczne, tak więc nie znając wcześniejszych nagrań Projektu Volodia z pewnym niepokojem patrzyłem na bogate instrumentarium grupy Janusza Kasprowicza. Projekt Vołodia z założenia miał być jednorazowym eksperymentem, polegającym na połączeniu twórczości moskiewskiego barda ze stylistyką Toma Waitsa. Pomysł cokolwiek kontrowersyjny, okazał się jednak patentem na sukces. Grupa wrocławskich muzyków, sformowana w 2007 roku dziś może pochwalić się dwoma rewelacyjnymi płytami, zapowiada też wydanie jeszcze w tym roku kolejnej. Aktualny program występów został poszerzony o wiersze innych twórców. Głos Janusza Kasprowicza brzmi we wszystkich kompozycjach podobnie (posiadł bowiem patent na brzmienie nieco przypominające Wysockiego), jednak muzyka zespołu jest bardzo bogata i urozmaicona. Odnaleźć w niej można elementy rocka, jazzu tradycyjnego, poezji śpiewanej i inne, czasem dość oryginalne wpływy. Wszystko to jednak tworzy łatwo rozpoznawalną, zwartą stylistykę. Ciekawym instrumentem jest obsługiwany przez Bogdana Bińczaka vinofon (ponoć konstrukcja własna - skrzyżowanie tradycyjnego ksylofonu z produktami przemysłu winiarskiego).



Bogdan Bińczak - vinofon 


Pierwsza płyta grupy, będąca rejestracją koncertu (w opisie nie podano skąd, podejrzewam, że jest to połączenie kilku) zawierała jedynie utwory Włodzimierza Wysockiego. Brzmią rewelacyjnie. Nagrania próbują oddać atmosferę koncertu, nie jest to jednak chyba do końca możliwe. Występ trzeba zobaczyć na żywo. Obecnie poszerzony program zawiera także kompozycje Toma Waitsa, Leonarda Cohena, Władysława Broniewskiego czy Andrzeja Bursy. Wydaje się, że to połączenie może być dość ryzykowne. Jednak tytuł ostatniej płyty To męski świat wskazuje, że twórcy potrafili znaleźć wspólny mianownik dla prezentowanych piosenek. To niewątpliwie zasługa indywidualności artystycznych poszczególnych muzyków.



Robert Gawron - banjo 


Projekt Volodia 


Formację Projekt Volodia tworzą: Janusz Kasprowicz (śpiew, gitara basowa, kontrabas elektryczny), Bogdan Bińczak (akordeon, melodyka, vinofon), Robert Gawron (banjo, gitara, ukulele), Kuba Persona (perkusja) oraz Leszek Zaleski (gitara elektryczna). Spektakle muzyczne najczęściej uzupełnia specjalna scenografia, prezentacje multimedialne oraz często gościnny występ znanego aktora Mirosława Baki. Niedzielny koncert w Ciechocinku, choć bez tych elementów okazał się sporym przeżyciem dla licznie zgromadzonej publiczności.





publiczność dopisała 


Muzyka grupy, mimo subtelności aranżacyjnych jest konsekwentna i nie przesłania tekstów, bowiem to one są najważniejsze. Płyta Męski świat Projektu Volodia nie jest propozycją jedynie dla mężczyzn. Wszak męski świat bez kobiet byłby niepełny. Jest to jednak świat z minionych epok, gdzie relacje damsko-męskie miały zdecydowanie inny charakter. Ciekawie wypadły utwory odkrywające nieznaną twórczość znanych poetów (choćby pozornie dobrze znanego Władysława Broniewskiego). Dla licznie zgromadzonej publiczności okazały się sporym zaskoczeniem.
Intrygującym elementem scenografii była stojąca przed sceną amfiteatru zakorkowana butelka, dwie szklanki i słój kiszonych ogórków. Zgodnie z twierdzeniem wybitnego rosyjskiego dramaturga Antoniego Czechowa - strzelba, która wisi na ścianie w pierwszym akcie musi wypalić w trzecim. Tak też się stało. Janusz Kasprowicz, tuż przed wykonaniem Kołysanki pijackiej Wysockiego zaprosił do towarzystwa przypadkową osobę z widowni. Utwór, zgodnie z intencją autora, zamienił się w przyjacielskie wyznanie, poparte wspólną degustacją zawartości butelki (na szczęście nie całej) pod wspomniane ogórki. Pomysł spodobał się przypadkowemu panu Grzegorzowi, jak również publiczności.



Kołysanka pijacka Wysockiego 

Myślę, że zaskakująca i odległa od oryginału aranżacja wzbogaciła utwory rosyjskiego barda. Koncert był sporym przeżyciem nie tylko dla tych, którzy doskonale znają pieśni Wysockiego. Mniej zorientowanym w jego twórczości pomagały wprowadzenia, przybliżające nieco kontekst wykonywanych pieśni. Niepowtarzalna atmosfera luzu i radości z wykonywanej muzyki, jaka emanowała od wykonawców udzieliła się też odbiorcom. Jestem przekonany, że jeśli Wołodia był obecny duchem na tym koncercie to odfrunął ukontentowany.


słuchacz



Dyskografia zespołu:

2011 – Piosenki W. Wysockiego MTJ

2013 – To męski świat MTJ






Dotychczasowe płyty zespołu 







poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Jaromir Nohavica – nasz człowiek





Czeski bard Jaromir Nohavica, mimo iż nie jest specjalnie rozpieszczany przez media ma w naszym kraju spore grono wielbicieli. Na szczęście wielu słuchaczom dawno już przestała wystarczać niewiele różniąca się oferta rodzimych publikatorów, traktująca miłośników dobrej muzyki jako gatunek głęboko niszowy. I tak Nohavica, choć w mediach rzadko obecny – ma stałe miejsce w sercach wielu Polaków, zaś zdobycie biletów na jeden z pięciu jego najbliższych koncertów w październiku i listopadzie (Piła, Zielona Góra, Szczecin, Zabrze i Dzierżoniów) jest już niemal niemożliwe.


12.07.2014 Amfiteatr Muzeum Etnograficznego Toruń


12 lipca minął rok odkąd miałem prawdziwą przyjemność być na jego koncercie w toruńskim Amfiteatrze Muzeum Etnograficznego. Publiczność jak zwykle dopisała, zaś sądząc z głosów dobiegających z widowni jestem przekonany, że istnieje spora grupa fanów jeżdżąca za Nohavicą krok w krok. Chyba rozumiem to zjawisko. Trudno pośród naszych artystów znaleźć kogoś, kto z równą łatwością łączy klimat twórczości Cohena, Dylana, Grechuty, kto nie stroni od autosatyry, humoru i mocniejszych brzmień, a przy tym potrafi czerpać z głębin dobrze pojętej słowiańskiej duszy, dobrej literatury i po prostu z życia. Nohavica wbrew obiegowym opiniom naprawdę lubi Polaków, mówi swobodnie po polsku i ma w naszym kraju wielu przyjaciół. Warto przypomnieć jego słowa z 2013 roku, wypowiedziane w radiowej Trójce. Odbierając wyróżnienie Diament Trójki powiedział: Chcę podziękować za nagrodę, która zostanie ze mną do ostatnich dni mojego życia i którą bardzo cenię. (…) Jestem Czechem i jestem dumny z tego powodu. Ale wiem, że bez Polaków i Polski, bez naszych polskich sąsiadów, nie byłbym cały. Bardzo dziękuję, Polsko. 
Bynajmniej nie była to jedynie grzecznościowa wypowiedź. Twórczość Nohavicy zawiera wiele polskich akcentów, zaś sam artysta jest doskonałym przykładem artysty tworzącego na styku kultur. Urodził się i mieszka w Ostrawie, ponad dwadzieścia lat spędził w Czeskim Cieszynie. W Polsce czuje się jak w domu, zna polską literaturę, zna też twórczość Marka Grechuty i Jacka Kaczmarskiego.





Wielokulturowość często wyłania się w naturalny sposób z jego piosenek. Wspomnę tu piękną balladę Těšinská, czy inne: Petěrburg, Ostravo, Sarajevo. Nieobce są mu też problemy młodych środkowoeuropejskich demokracji, wyrażone w utworach Pane prezidente czy Gwiazda. Wszystkie te pieśni znalazły się w programie wspomnianego na wstępie koncertu. Były w nim nuty zadumy i melancholii, jak i nieskrępowanej radości i swobodnego żartu. Takie rozłożenie zmiennych akcentów jest chyba stałym wyróżnikiem jego występów. Stwierdzenie, że Nohavica jest utalentowanym i wrażliwym twórcą jest banałem, bowiem takie cechy powinny charakteryzować wszystkich prawdziwych artystów. Jego koncert jest prawdziwie poruszającym spektaklem, wykreowanym przy użyciu niewielu środków. Świadczy o tym reakcja widzów – wystarczy spojrzeć na twarze.







Nohavica początkowo pracował jako bibliotekarz i robotnik. Umiejętność gry na gitarze, flecie i skrzypcach posiadł jako samouk. Chętnie gra na heligonce, jednym z najstarszych i bardzo trudnych akordeonów (jest to o dziwo instrument perkusyjny, bowiem źródłem dźwięku są w nim cienkie sprężyste blaszki, wirujące pod naporem powietrza). Od połowy lat osiemdziesiątych podjął samodzielną karierę estradową, wcześniej pisał teksty dla innych wykonawców. Nie miał łatwego życia. Wiązany z opozycją demokratyczną doświadczył wielu przejawów niechęci ówczesnej władzy. Podobnie jak w przypadku wielu polskich twórców związanych z tzw. drugim obiegiem jego twórczość powielana była jako amatorskie nagrania, bądź w formie pisanej. Interesującym epizodem okazała się rola w paradokumentalnym filmie Rok diabła (2002) Petra Zelenki. Film nagrodzono kilkoma Czeskimi Lwami, także za muzykę, Kryształowym Globem na MFF w Karlowych Warach 2002 i nagrodą FIPRESCI na MFF w Cottbus 2002. Jest to nieco powikłana filozoficzna opowieść o życiu i twórczości, w której często trudno odróżnić wątki autobiograficzne od fabuły scenariusza, wszystko zaś okraszono dużą dozą autoironii i swoistym rozbrajającym czeskim humorem.


Kilka płyt z dyskografii Nohavicy


Zagadką pozostaje dla mnie siła wyrazu twórczości Nohavicy. Nie potrafię jednoznacznie powiedzieć gdzie tkwi jej źródło. Artysta brawurowo miesza gatunki i style muzyczne, tworzy muzykę do spektakli teatralnych oraz dla dzieci (album Trzy świnki). Ma w swym repertuarze piosenki Wysockiego, Okudżawy i Aleksandra Błoka. Trudno wyróżnić w jego dorobku jakąś szczególną płytę, każda jest przemyślaną i dobrze zagraną propozycją dla myślącego odbiorcy. Podczas koncertów nawiązuje doskonały kontakt z widownią, chętnie podejmuje z nią dialog. Śpiewa szczerze, po czesku i polsku – o tym co dla niego najważniejsze – zarówno o miłości do Ojczyzny, kobiety czy rodzimego klubu piłkarskiego.



Polscy artyści śpiewają Nohavicę

Fascynacja jego twórczością nie jest obca także innym polskim twórcom. W 2009 roku ukazał się dwupłytowy album Świat wg Nohavicy, przygotowany przez Tolka Murackiego, zawierający polskie interpretacje utworów Jaromira w wykonaniu największych polskich artystów. Projekt zrealizowano w pięciu studiach nagraniowych, wystąpiło w nim ponad dwudziestu wykonawców. Nieco później na płycie DVD ukazała się także koncertowa wersja tego projektu, będąca telewizyjnym zapisem koncertu w ramach 36 Ogólnopolskich Spotkań Zamkowych – Śpiewajmy Poezję w Olsztynie. Koncert prowadził Artur Andrus. Zarówno jedna i druga pozycja jest godna szczególnej uwagi.
Przytoczę na zakończenie myśl, jaką zawarł Jaromir w swym liście do Tolka Murackiego z okazji pracy nad wspomnianym projektem: Od czasów babilońskiego zamieszania języków pozostaje nam jedno. Jeżeli chcemy się z kimś dogadać musimy po prostu chcieć.
I jeszcze jedna prawda, nieco ogólniejszej natury. Ponoć kulturę narodu mierzy się nie tyle ilością artystów wielkiego formatu ale także, a może przede wszystkim ilością ludzi, którzy chcą tych artystów słuchać, czytać i oglądać. 


słuchacz









niedziela, 24 maja 2015

Antonina Krzysztoń - kolejne spotkanie







Dziś będzie o osobie i twórczości Antoniny Krzysztoń. Nieco ponad tydzień temu miałem przyjemność po dłuższej przerwie być na jej koncercie. Artystka wystąpiła na scenie nowego amfiteatru w Polańczyku, uświetniając finał XIV Bieszczadzkiego Zlotu Leśnych Ludzi, jednak o samej imprezie napiszę innym razem.



Antonina Krzysztoń w Polańczyku 17 maja 2015 


Większość kojarzy postać Antoniny Krzysztoń z kręgiem tzw. krainy łagodności, jednak tak naprawdę jej twórczość, osobowość i postrzeganie świata znacznie wykracza poza te ramy. Zadebiutowała na legendarnym Przeglądzie Piosenki Prawdziwej "Zakazane Piosenki" w Gdańsku w sierpniu 1981, zorganizowanym w pierwszą rocznicę Sierpnia przez Macieja Zembatego. Dwa lata później zajęła pierwsze miejsce na Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie. Warto wspomnieć, że wówczas też w pewien sposób złamała sobie karierę odmawiając występu na koncercie galowym transmitowanym przez Telewizję Polską, uważaną w tym czasie za reżimową. Jej dokonania towarzyszą nam od wielu lat. Jak dotąd wydała trzynaście płyt, mimo to jej twórczość nie jest powszechnie znana, bowiem Antonina nie gości zbyt często w mediach i daleko jej do wątpliwej kariery w świecie celebrytów. Jest obdarzona unikalną wrażliwością i wręcz anielskim, krystalicznym głosem. Mimo swej łagodności potrafi śpiewać o rzeczach bardzo smutnych i poważnych, jak również ciepłych i radosnych. Jej niezwykła muzykalność sprawia, że z równie wielkim zaangażowaniem wykonuje poezję, melodie ludowe, pieśni politycznie zaangażowane jak i modlitewne. Tak zróżnicowany repertuar i wielorakie inspiracje sprawiają, że odbiór jej koncertów ma wymiar niemal mistyczny i w jakiś nieuchwytny sposób odwołuje słuchających do rzeczy wzniosłych, bliskich absolutowi.

Tosia z zespołem


Pisząc ten tekst odszukałem wywiad, jaki przeprowadziłem z Antoniną niemal piętnaście lat temu, po jednym z koncertów, krótko po ukazaniu się płyty Każda chwila. Dla wielu fanów płyta ta była sporym zaskoczeniem. W założeniu miał jej towarzyszyć tomik poetycki, jako że Tosia także chętnie sięga po pióro. Mimo to jednak nie został wydany. Przypomnę fragmenty tej rozmowy:

- Zaczęło się od tego, że ludzie po koncertach pytali mnie, czy poza piosenkami nie piszę jakiś innych tekstów. A, że rzeczywiście pisałam, a pytań wiele padło – uznałam, że jest to jakiś znak i zebrałam to w książeczkę. I wówczas zapragnęłam muzyki. Był to pomysł muzyki do książki. Powstały takie obrazy-przekazy dla zaproszonych muzyków. Przede wszystkim byłam kierownikiem muzycznym tej płyty. Miała ona być właściwie częścią książki. Dziwnie się stało, że do dziś nie ujrzała światła dziennego i nie wiem czy ujrzy. Ja nie naciskam, bo ona wyniknęła nie z mojej lecz właściwie z ludzkiej chęci. Jeśli ma wyjść, to wyjdzie. Byłam zdziwiona, że Pomaton zdecydował się wydać tę płytę samodzielnie, bo myślałam, że wyjdzie to w małym wydawnictwie łącznie z książką. Wiem, że są ludzie, którzy bardzo lubią tę płytę. Są to na ogół osoby słuchające bardzo różnorodnej muzyki, natomiast dla tych, którzy cenią głównie piosenki ta płyta może być trudna i może okazać się zaskoczeniem. Jest ona jakby na obrzeżach tego co robię. Mam zamiar od czasu do czasu wydawać takie „dziwne” płyty.


- A płyta Czas bez skarg? Jak to się stało, że właśnie poezja Karela Kryla, barda praskiej wiosny?
- W okresie stanu wojennego dotarła do mnie jedna piosenka Karela Kryla, która bardzo mi się podobała. Ktoś usłyszał jak ją śpiewam, zrobił tłumaczenia innych i zaproponował ich zaśpiewanie.
Piosenki były bardzo piękne, zaczarowały mnie i bardzo chętnie je zaśpiewałam. Właściwie piosenki Karela Kryla trochę mnie znalazły, a nie na odwrót. Później miałam okazję i szczęście poznać Karela, który już niestety nie żyje. Wcześniej znałam jego postać, bowiem środowisko w którym się obracałam było związane z KOR-em, a tam był on znany.



Płyty Antoniny Krzysztoń 


- Brałaś udział w festiwalu Song Of Songs w Toruniu. Rozmawiałem tam z Joszko Brodą na Twój temat. Bardzo ciepło mówił o Tobie.
- Jest to niezwykły muzyk i niezwykły talent. Tam istnieje pewna ciągłość pokoleniowa, bardzo rzadka. On gra przekazy dokonywane od wielu pokoleń. Tradycja jego rodziny sięga chyba trzystu lat. Prócz tego ma olbrzymi talent. To niezwykła postać.

- Czy widzisz siebie w nurcie tzw. muzyki chrześcijańskiej?
- Bardzo nie lubię szufladkowania. Mówi się sporo o ewangelizowaniu. Są osoby do tego powołane, które śpiewają w zespołach i zdają sobie sprawę ze swego powołania. Ja się nie czuję w ten sposób powołana. Jestem chrześcijanką, katolikiem i śpiewam pieśni wynikające z tej drogi, bo to też moja droga. Powołania są bardzo różnorodne. Ty jesteś chrześcijaninem dziennikarzem, a jestem chrześcijanką pieśniarką. Nie lubię szufladkowania. To ludzka cecha, która ma coś ułatwić, ale Bóg stworzył nas bardzo różnorodnych i jest w tym jakiś list do nas napisany.




Płyty Antoniny Krzysztoń - ciąg dalszy 

- Modlitwa jest sprawą bardzo intymną każdego człowieka. Rozmawiamy po Twoim koncercie, na którym wykonywałaś pieśni wielkopostne. Jak to się stało, że dałaś temu wyraz tak publiczny? To chyba nie jest łatwe.
- Pomysł narodził się dawno temu. Pomógł mi go zrealizować Janusz Kotarba, który chciał nagrać pieśni religijne. Ja natomiast zawsze kochałam pieśni wielkopostne, które poznałam bliżej prze siostrę Bogdanę z Szymanowa, bowiem tam chodziłam do liceum. I kiedy pojawiła się propozycja nagrania pieśni religijnych, to pierwsza rzecz, jaka mi przyszła do głowy, to właśnie to. I bardzo chciałam, by jeśli można użyć takiego porównania – były one „gołe”. Nie ma żadnych instrumentów. Śpiewam po prostu a capella. Są modlitwą, wyznaniem i osobistym przeżyciem. Poznaję je od wielu lat i sam sposób ich śpiewania też się zmienia. Związane jest to z tym na ile poznaję ludzkie cierpienie i zbliżam się do krzyża, który jest bramą nieba. Nie podchodzę do tego jak do koncertu. Proszę zawsze o łaskę modlitwy i skupienia. Cieszę się, że mogę je śpiewać. Trudno mi o tym mówić, bo lepiej to robię po prostu je śpiewając. Czasami czuję, że cały kościół się też modli, chociaż ludzie nie śpiewają ze mną. Czuję, że podążamy razem z tymi pięknymi przekazami, są one ułożone w pewną całość. Propozycje takich koncertów pojawiają się często w okresie Wielkiego Postu i zawsze są to koncerty na hospicjum w mieście, do którego jestem zaproszona. Ta idea jest mi bardzo bliska. Spotkałam wiele osób, które się tym zajmują. Robią tak ważną rzecz, są przyjaciółmi w sytuacji odchodzenia. To jest coś wielkiego i pięknego.

- Studiowałaś psychologię. Czy te studia pomagają Ci w jakiś sposób?
- Nie wiem, nie zdaję sobie z tego sprawy, nie czuję tego. Zawsze było tak, że byłam zainteresowana ludźmi i stąd wziął się pomysł tych studiów. Być może są rzeczy, których się nauczyłam i w sposób nieświadomy z tego czerpię. Na pewno nie chciałabym stosować jakiejkolwiek techniki wobec ludzi. Będąc na studiach zdałam sobie sprawę, że nie jest to ta droga. Nigdy nie byłam psychologiem. Po skończeniu studiów przez krótki czas byłam wychowawcą, terapeutą zajęciowym. Polegało to na tym, że siadałam z gitarą i śpiewałam z moimi pacjentami. Byliśmy szczęśliwi i było nam dobrze.

Najnowsze wydawnictwa 

- Występujesz zarówno w kościołach jak i na estradach, na wolnym powietrzu. Jaki rodzaj występów najbardziej lubisz?
- Najbardziej lubię takie występy, w których mam poczucie łączności z publicznością, gdzie mam świadomość, że coś zaistniało między nami. Czasami jest to na bardzo dużym koncercie, czasami na kameralnym. Ważne jest, że coś się nawiązało. Dobrze, że są ludzie, którzy chcą słuchać takich pieśni.

- Pracujesz nad nową płytą.
- Płyta jest prawie skończona. Zagrał zespół, z którym współpracowałam. Marcin Majerczyk na gitarze, Kuba – mój mąż na basie, Kuba Majerczyk na perkusji, poza tym jest Joszko Broda i Marcin Pospieszalski jako kierownik muzyczny. Nie ma zbyt wielu zaproszonych gości, ale mam nadzieję, że będzie trochę radości z tej płyty. Będzie miała tytuł Wołanie. Melodie pochodzą z różnych stron świata, do nich są układane teksty.

- Dobrze, że jesteś.
- I dobrze, że Ty jesteś.



Antonina Krzysztoń 


Tosia jest artystką niezwykłą, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Jest zanurzona w duchowości, w przeżywaniu świata niemal na sposób mistyczny. Jej niesamowity głos i wrodzona muzykalność sprawia, że każdy występ jest niemal świętem. Trudno zachować dystans do jej twórczości.

Na jednej z jej płyt znalazłem takie stwierdzenie:
Podejrzewam, że Konfucjusz twierdząc, że trzeba się tak doskonalić, by obdarzać spokojem innych ludzi przewidywał nadejście Tośki. (Wojtek Waglewski - VooVoo). Trudno o lepsze podsumowanie.


Płyty Antoniny Krzysztoń:


1990 Inne światy
1992 Pieśni postne
1993 Takie moje wędrowanie
1995 Czas bez skarg
1996 Kiedy przyjdzie dzień
1998 Każda chwila
2000 Wołanie
2000 Perłowa łódź – Złota kolekcja
2003 Kolęda domowa ... a nad śnieg wybieleję
2004 Dwa księżyce
2010 Turkusowy stół
2012 Koncert - Live
2014 Czekaj

2015 Kolędy Antoniny Krzysztoń
2017 Skarb


PS.

Dla porządku – mój wywiad z Antoniną Krzysztoń został nadany w bydgoskiej rozgłośni Radia Plus 27 sierpnia 2000 roku.


słuchacz