wtorek, 14 października 2014

Ryba po toruńsku




Wracam. 

Ktoś ze znajomych zapytał mnie niedawno czy będę kontynuował mój blog. Po zawirowaniach związanych z przenosinami półeczki w bezpieczne miejsce, tudzież innymi poważnymi zobowiązaniami postanowiłem po kilkumiesięcznej przerwie reaktywować mój blog. Myślałem o tym już wcześniej – tak więc powracam i będę tu bywał w miarę regularnie. 

Dziś będzie o rybach. A właściwie o jednej – wielkiej i niezwykłej, nie tylko z racji potężnej postury. Derek William Dick czyli Fish – bo o nim mowa - niegdyś szkocki drwal, później charyzmatyczny wokalista grupy Marillion i współtwórca jej największych sukcesów (z całym szacunkiem dla Stevena Hogarth'a, jego następcy), dziś mówi o sobie skromnie, że jest ogrodnikiem, któremu leżą na sercu nie tylko kwiaty we własnym ogrodzie, lecz także los całej planety, którą przecież mamy pozostawić naszym dzieciom. Ta tematyka także pojawia się w jego twórczości.
Fish od 1988 roku występuje na własny rachunek. W Polsce gościł wielokrotnie. W ubiegłą niedzielę wystąpił w toruńskim studenckim klubie Od Nowa. Miałem szczęście być na tym koncercie i z satysfakcją stwierdzam, że naprawdę było warto. Po kłopotach z głosem, dwóch operacjach gardła, po kilku życiowych zakrętach, którym dał wyraz na swej przedostatniej niezbyt porywającej płycie 13th Star, nagranej siedem lat temu, powrócił w ubiegłym roku w doskonałej formie, promując swój najnowszy album A Feast Of Consequences, dostępny jedynie podczas koncertów i za pośrednictwem sklepu internetowego działającego w imieniu artysty. 

Przebieg koncertu nie odbiegał od moich wcześniejszych wyobrażeń. Oglądałem niedawno kilka jego ostatnich występów zarejestrowanych na DVD. Choć z głosem bywało różnie, jednak nie można odmówić mu olbrzymiej charyzmy, co z reguły przekładało się na doskonałą atmosferę koncertu. Tak też było w niedzielny wieczór w Toruniu. Przyznam, że nie jestem bezkrytycznym miłośnikiem całego dorobku Ryby, jednak twierdzę, że album A Feast Of Consequences można śmiało postawić obok najlepszych jego dokonań. Muzyka jest tu dużo bardziej wysmakowana i ciekawsza niż na poprzednim krążku. Mocną stroną są teksty utworów – lecz to pole do interpretacji dla znających język angielski.


Fish w toruńskim klubie Od Nowa

Trzon programu stanowiły utwory z tej właśnie płyty. To rzeczywiście doskonale zrealizowane i poruszające dzieło. Najmocniejszą stroną albumu jest cykl pięciu utworów pod wspólnym tytułem High Wood, poświęconych bitwie nad Sommą. Ta największa, trwająca ponad cztery i pół miesiąca batalia I Wojny Światowej zainspirowała Fisha do stworzenia wspomnianej suity. Artysta podczas koncertu wspomniał, że w zmaganiach brali udział obaj jego dziadkowie (na szczęście przeżyli) stąd też pewnie tak osobisty stosunek do poruszonego tematu. W pierwszym dniu zmagań zginęło 60 tysięcy brytyjskich żołnierzy, zaś walki o tytułowy Wysoki Las pochłonęły blisko 8 tysięcy niezidentyfikowanych ofiar. W walkach pierwszy raz wykorzystano czołgi. Wyświetlane w tle filmy dokumentalne, przeplatane przejmującymi grafikami sprawiały, że prezentowana muzyka, nieco bardziej surowa niż na płycie, robiła przejmujące wrażenie.
Na drugą część koncertu oraz bisy złożyły się znane i ciepło przyjęte przez publiczność utwory z okresu współpracy z zespołem Marillion oraz wczesnych płyt solowych.

Fish nie pozuje na gwiazdę rocka. Ostatnio chętniej występuje w małych klubach, gdyż ceni sobie bliskość fanów i kontakt z publicznością. Jest spontaniczny – czemu dał wyraz biorąc na scenę kilkuletnią dziewczynkę z ramion jednego z fanów. Nie lubi jednak natrętnych zdjęć, tudzież pokątnego filmowania koncertów. I nie jest to żadna ekstrawagancja, ma ku temu prawo. A jeśli muzyka porusza, to przecież można zdobyć jego ostatnią płytę. Zapewniam, że warto. 


słuchacz


PS

Tradycyjnie - omawiana płyta z półeczki:








sobota, 17 maja 2014

Żuki przy pracy



Oto postscriptum do rozmowy z Adamem Staniszewskim, którą opublikowałem wcześniej. Fotoreportaż przedstawia Żuki podczas zamkniętego koncertu w Operze Nova w dniu 17 stycznia 2014 roku.



W komplecie

Piotr Andrzejewski

Adam Staniszewski


Zaplecze rytmiczne

Jerzy Bolka

Marek Posieczek

Na zielono

... i niebiesko

Rodzi się dźwięk

Gdy praca jest zabawą



słuchacz




środa, 7 maja 2014

Jestem szczęśliwym człowiekiem - rozmowa z Adamem Staniszewskim z bydgoskich Żuków





Dziś będzie o bydgoskich Żukach. Zespół od lat tworzą: Piotr Andrzejewski (śpiew i gitara), Adam Staniszewski (śpiew i gitara), Marek Posieczek (gitara basowa) i Jerzy Bolka (perkusja). Oto zapis rozmowy, jaką przeprowadziłem 6 maja tego roku z Adamem Staniszewskim.



Żuki na scenie 

- Gracie od 30 lat, ponad ćwierć wieku robicie to zawodowo, większość miłośników muzyki nie tylko z Bydgoszczy zna wasz zespół. Jesteście popularni, mimo iż właściwie nie istniejecie w mediach. Jak to robicie?

- Nie związaliśmy się z żadną wytwórnią płytową. A to, że jesteśmy znani – wynika z ilości koncertów i pewnej popularności, którą zdobyliśmy na początku naszej działalności zawodowej. Były też dwa festiwale w Sopocie, programy telewizyjne, artykuły prasowe. Franek Walicki jeszcze w 1990 roku zaprosił nas na koncerty „dinozaurów”. Mieliśmy przyjemność grać z Czesławem Niemenem, Niebiesko-Czarnymi, Czerwono-Czarnymi, Skaldami. Wspólnie występowaliśmy i może to spowodowało, że staliśmy się rozpoznawalni. Pewnie także jakaś solidność, co przełożyło się na kolejne zaproszenia.

- Cofnijmy się do początków. Jesteście kolegami z Technikum Mechanicznego w Bydgoszczy…

- To było niesamowite spotkanie, jakiś palec boży w tym wszystkim. Organizowano zespół szkolny, spotkaliśmy się w świetlicy. Każdy grał jakieś dwa, trzy akordy. Ja na gitarze, Marek uczył się grać na basie, Piotr na perkusji i też śpiewał. Były też dwie dziewczyny, nie pamiętam już imion, była również jakaś trąbka i klarnet. Graliśmy na szkolnych akademiach. Byliśmy mocno zbuntowani, bo po 80 roku zrobiliśmy taką akademię „solidarnościową”, co odbiło się dość niekorzystnie na naszych relacjach z dyrekcją szkoły… Graliśmy różne rzeczy, nasz opiekun Tadziu Rząca mocno z nami pracował. Padła propozycja – może byśmy Bitelsów pograli, bo nie mieliśmy repertuaru. Zaczęło to fajnie wychodzić i po trzech miesiącach zagraliśmy w szkole. Wiesz, przerwa w lekcjach, wszyscy w sali gimnastycznej, męskie towarzystwo. To było niesamowite, pamiętam jak dziś. Jurek grał dopiero trzy miesiące na bębnach. Mieliśmy swoje marzenia. Ja grałem też w Chemiku Bydgoszcz w siatkówkę, ale cóż, muzyka zaczęła ładnie brzmieć, zaprzyjaźniliśmy się mocno i tak zostało.

- Później było wojsko.

- Tak, trafiliśmy w różne miejsca. Zespół zyskiwał popularność, występowaliśmy też poza szkołą. Być może komuś to przeszkadzało. Ja trafiłem na Mazury do Orzysza, kolega do wojsk rakietowych, ale mieliśmy ze sobą stały kontakt, żyliśmy nadzieją, że dalej będziemy gać. Był też jakiś zespół w jednostce, kontakt z instrumentem miałem. Kiedyś przyjechał tam Grzesiu Markowski z Bogdanem Olewiczem, zagraliśmy Chcemy bić ZOMO, Nie płacz cewka. Po latach było co wspominać. Po wojsku spotkaliśmy się z kolegami w Beanusie. Pamiętam, siedzieliśmy na takich tramwajowych drewnianych fotelach – no i zapadła decyzja – gramy. Zaczął się drugi rozdział, trochę bardziej profesjonalny.


Adam Staniszewski podczas koncertu


- Jesteście postrzegani jako cover band, tribute band – czy to Was jakoś nie ogranicza?

- Wiele razy rozmawialiśmy o tym z chłopakami. Muzyka Bitelsów, genialność tych kompozycji nas pochłonęła. To od zawsze była nasza fascynacja i miłość muzyczna. Myślałem, że z czasem to przeminie i naturalną koleją wejdą nasze utwory. Życie pokazało, że stało się inaczej. Rozmawialiśmy z wytwórniami płytowymi, które po pierwszych sukcesach koncertowych chciały wziąć nas na smycz. Nam nie bardzo to odpowiadało – no i tak zostaliśmy z Bitelsami, chociaż nigdy nie utożsamialiśmy się z nimi jako z postaciami, a jedynie z ich muzyką. Wspólnie, jako zespół dojrzewaliśmy – dziś ta muzyka brzmi inaczej, doszła orkiestra symfoniczna. Obecnie połowa koncertu to piosenki The Beatles, a połowa to nasz repertuar. Gramy też piosenki Krzysztofa Klenczona, bo publiczność chce tego, zresztą sami je też bardzo lubimy.

- Macie w repertuarze utwory Led Zeppelin, Free a nawet Pink Floyd. Nie chcieliście tego nagrać?

- Zastanawialiśmy się czy nie wrzucić jakiegoś utworu Led Zeppelin na ostatnią płytę, ale ta muzyka jest dość odległa stylistycznie. Grywamy te numery czasem na koncertach, ale raczej w klubach. Ludzie w kraju różnie na nie reagują, jednak jak zagraliśmy na Litwie Kashmir z orkiestrą symfoniczną to publiczność ryknęła z zachwytu. Te wersje gdzieś funkcjonują w sieci, ale raczej skupiamy się na brzmieniu swoim, takim bitelsowskim. Może pomyślimy o tym przy okazji następnej płyty.

- W ubiegłym roku ukazała się Wasza nowa płyta, zatytułowana Moment. Trzecia w dyskografii, a dopiero pierwsza z własnym, autorskim materiałem. Jaka była reakcja krytyki?


Ludzie zastanawiali się co to będzie. Nie ukrywam, że wielu było zaskoczonych, chociaż recenzje były pozytywne. Nikt nam przy nagraniach niczego nie narzucał, nie było producentów. Zrobiliśmy to po swojemu. Te utwory trochę przeleżały. Zależało nam by piosenki o miłości, śpiewane przez facetów „w pewnym wieku” były jakoś mądre. Dlatego sami nie pisaliśmy tekstów, choć są tam jakieś nasze drobiazgi. Jednak generalnie tekstów szukaliśmy. Rysiu Makowski z Kabaretu Otto napisał dwa dobre, zaprzyjaźniliśmy się z Mariuszem Semaniukiem, świetnym autorem, który pisał dla Czerwonych Gitar – napisał dla nas pięć wspaniałych tekstów.

- A instrumentalna Ulica Norweska – to gitarowy popis Piotra Andrzejewskiego czy Twój?

To kompozycja Piotra, piękna aranżacja. Kiedyś mieszkał w Bydgoszczy na Norweskiej i ta ulica budziła u niego dobre skojarzenia.


Piotr Andrzejewski, główny wokalista zespołu


- W książeczce do płyty ciepło napisał o Was ambasador Wielkiej Brytanii. Skąd taki przejaw sympatii do tego co robicie?

- Poznaliśmy się dość dawno i sporo przegadaliśmy. Dobrze mówił po polsku. Mówił, że słyszał już wiele wykonań piosenek Bitelsów, jednak stwierdził, że te są jakieś takie „nasze”. Nie małpowaliśmy wykonawców i to go ujęło. Zaprosił nas do ambasady, na urodziny królowej. Mówiliśmy, że przygotowujemy nową płytę i sam zadeklarował, że napisze na nią kilka słów. Udostępnił też swoje zdjęcie. Bardzo miły człowiek, wielkiego serca.

- Gdy obserwuję Was na scenie, to prócz profesjonalizmu, mimo upływu lat widać autentyczną radość z grania…

- Ja to też cały czas czuję. Nie wiem jak bym się czuł w innym zespole. Trochę o tym myślałem. Gdyby nasze drogi się rozeszły, to nie wiem czy chciałbym jeszcze zajmować się zawodowo muzyką. Radość ze spotkań i pracy z przyjaciółmi jest naprawdę duża. Poza sceną też tworzymy zgraną ekipę. Sprawia nam to autentyczną przyjemność, a to przecież nie musi być regułą. Dopracowaliśmy swoje brzmienie i umiejętności. Mamy wiek i doświadczenie. Okrzepliśmy. Chciałbym, żeby to trwało. Dajemy dobry produkt.

- Często na koncertach gościnnie pojawia się Joachim Perlik.


Z Joachimem przyjaźnimy się od wielu lat. Na koncertach, zwłaszcza z orkiestrą często towarzyszył nam Piotr Salaber. Jest on jednak człowiekiem dość zajętym, stąd z czasem dołączył do nas Joachim. Świetny wokalista, pianista, dodatkowy głos w zespole. Mocno się zaprzyjaźniliśmy. Ostatnio wspólnie występujemy na osiemdziesięciu procentach naszych koncertów. Dzięki niemu zespół zyskał nowe brzmienie.

- Poprzedzaliście występy Electric Light Orchestra, Pet Shop Boys, Fisha. Graliście wówczas także covery?

Różnie. To była kwestia wymagań organizatorów. Ale pamiętam, że wszyscy członkowie Electric Light Orchestra stanęli pod sceną podczas naszego występu. Weszli już po drugim numerze. Podobnie The Troggs, The Marmalades. Skończyło się to fajną wspólną imprezą. Fish wszedł do nas na scenę, nawet śpiewał z nami jakieś bluesowe rzeczy. Mile wspominamy te koncerty. Spotkaliśmy wiele wspaniałych gwiazd, które przy bliższym poznaniu okazały się przesympatycznymi osobami. Wówczas, gdy graliśmy w szkolnej świetlicy, nigdy bym nie przypuszczał, że ich poznam.




Adam Staniszewski - Dajemy dobry produkt

- Graliście w egzotycznych miejscach...

- Egzotyczny to był Związek Radziecki. Jak dziś wspominam te koncerty… Książkę można by napisać. CK Dezerterzy wysiadają. Byliśmy też trzy razy na Bliskim Wschodzie, graliśmy na Wzgórzach Golan dla żołnierzy, graliśmy w południowym Libanie w Byblos – to chyba najstarsze miasto na świecie. Potem dwa razy w USA, w Chicago w Excalibur – w takim typowo amerykańskim klubie, sami Amerykanie nas tam zaprosili. Graliśmy też w liverpoolskim Cavern, byliśmy tam z ekipą Polsatu. Kiedy stanęliśmy na scenie, gdzie zaczynali Bitelsi, to były dreszcze. Można było dotknąć tych miejsc, których oni dotykali. Przychodzi tam mnóstwo turystów i fanów z całego świata. Liverpool tym żyje.

- Słuchasz muzyki w domu dla wypoczynku?

- Słucham. Na swoim urządzonku mam wszystkie płyty Bitelsów i zawsze do nich wracam. Mam swoje ulubione kompozycje, zwłaszcza te riffowe. Sam się zastanawiam, czemu ciągle ich słucham – jednak wciąż odkrywam genialność tego zespołu. Mieli wówczas po dwadzieścia parę lat, a stworzyli takie rzeczy… Mam też inne ulubione zespoły, mało znane w Polsce. Jestem fanem szwajcarskiej grupy Gotthard. Poznaliśmy ich dwa lata temu, nie mogliśmy się nagadać, był to całkiem sympatyczny wieczór… Czasem jednak wolę ciszę, lubię coś poczytać, jak każdy.

- Jesteś człowiekiem spełnionym?

Myślę, że tak. Gdybym uprawiał inny zawód, to nie wiem czy miałbym tyle wspaniałych wrażeń. Zawsze coś umknie. Ale jestem spełniony, mam wielu przyjaciół, także pośród znanych muzyków światowego formatu. Grywam z orkiestrami symfonicznymi w Polsce i zagranicą. Od czternastu lat gramy w Europie. Mam też wspaniałą rodzinę, dom.

- Żona lubi Bitelsów?

Żona lubi muzykę. Teraz trochę złagodniała, ale jak się poznaliśmy to wisiał u niej plakat Blackmore’a i AC/DC. Razem jeździliśmy na koncerty rockowe. Zaraziliśmy też dzieciaki. Żona jest dla mnie pierwszym recenzentem i rzeczywiście ma dobre ucho. Chociaż ostatnio słucha Bocellego (chrrrr...). Też go lubię, ale trzydziesty raz w miesiącu?

- Czego Wam życzyć?

- Chyba przede wszystkim zdrowia. I dystansu do życia i rzeczywistości - aby nas nie pożarła. Chcę żyć i cieszyć się rodziną, zespołem, dopóki Bóg nas nie powoła. Mam nadzieję, że to jeszcze chwilę potrwa. Jestem szczęśliwym człowiekiem.



słuchacz